sobota, 18 marca 2017

Młynarski










Drogie Panie i Panowie bardzo mili,
tą piosenką dziś was raczej nie rozbawię,
bo Pan Wojtek dzisiaj odszedł
jakby był maleńkim chłopcem,
po niebieskiej postanowił biegać trawie.

A tu ciągle z draniem walka trwa tak śmiała
wciąż wadzimy się w bój stając bez oręża
ale duma w nas niemała
będzie zawsze w sercach trwała
by Pan Wojtek z góry z nami też zwyciężał.

Bo nas wiódł przez lata swoim arcydziełem
wprzód prowadził nie udając że to łatwe
i niechcący nie przypadkiem
patrzy z góry nie ukradkiem
na cholernie dobrze wychowaną dziatwę.

Więc dzieciaki Twoje że sobie pozwolę
stoją razem byś był dumny z wychowania
i choć pointa już nie Twoja
na niebieskich łąkach stojąc
patrz spokojnie na uparte ich starania.




piątek, 10 marca 2017

na "gryla"

To nie będzie głęboka analiza polityczna. To będzie opis pewnego systemu zachowań, który przynależy niezwykłej grupie społecznej egzystującej w naszej polskiej kałuży ubłoconych gumiaków i pochyłego drzewa wedle „ponbócka” na rozstaju, którego błockiem z tej kałuży ochlapiemy - mknąc siedemnastoletnim potworem „turbopierdzącym” basowo „Jesteś szalona”. Na „gryla” do kumpla z woja, bo mu baba piąty raz zaciążyła, więc go stać i flachę stawia bimbru, co go w piwnicy pędzi i gada, że nocką pójdziem sąsiadowi psa żywcem zakopać, bo szczeka gnój po nocy. A ja że po co zakopać, jak żywa gadzina, to szpadlem przez łeb i po kłopocie. Dużo by gadać i mało wypić, bo w południe suma, a sobaka jakaś taka nie nasza…taka za ładna, za czysta, za….

A zatem Donald Tusk. Uśmiechnięty Europejczyk w nienagannie skrojonym garniturze, zaprzyjaźniony z przywódcami wielu krajów facet grający w piłkę, z prawem jazdy i pewnie niejednym kontem w banku oraz kartą kredytową, posługujący się biegle komputerem oraz językiem angielskim, wiszący w młodości na kominach i tak normalnie po ludzku sympatyczny. Facet. Zwyczajny facet, który sam robi zakupy. Nawet w Brukseli.

No to jak go cholera lubić.

Zastanawiałem się po co im to było. Po jaką cholerę pakować się, w z góry przegrane i to sromotnie szaleństwo, które kompromituje Polskę - co posła Kaczyńskiego pewnie mało interesuje, ale przede wszystkim kompromituje ich samych. Po co? Z czystej nienawiści? Z czystego prostego i nieskrępowanego pragnienia zemsty? Że niby „Schadenfreude” kieruje bezrefleksyjnie polskim systemem zachowań? Nie, za mało trochę, nawet jak na cynicznych uzurpatorów tkwiących w mrokach średniowiecza przy świecy i samobiczowaniu? I nagle rozbłysła mi w głowie gorącej myśl natrętna jak monotonia marszałka Kuchcińskiego kochanego – to był prezent „dla gryla”.

Siedzem sobie z kumplem z woja i paczamy. Nosz kurna - nasi ido jak burza. Postawili się pańskiej sforze. Polej. Ta baba z brocho to jaja ma. Twarda jest. I patrzcie gratulujo. Dziękujo z kwiatami na lotnisku. A ten wyfiokowany miglanc niemiecki, czy skąd on tam jest to nam ukrad kasę i uciek. I myśli, że my Polacy nie potrafimy? No damy radę. Polej.

Elektorat szanuje, elektorat docenia, elektorat wierzy. Notowania rosną. 

I tylko ubłocony „ponbócek” na dróg rozstaju rozłożył bezradnie ręce i wciąż powtarza – dlaczego?



wtorek, 21 lutego 2017

fakty i akty


- Pewnie dobrze grasz w szachy?
- Grałbym, gdybym pamiętał ruchy figur.
Wag the dog, 1997

W 1969 roku słynna tanatolog Elizabeth Kübler-Ross wydała przełomową książkę „Rozmowy o śmierci i umieraniu”, w której wyodrębniła psychologiczne „fazy umierania” ludzi nieuleczalnie chorych.

Zawsze mnie to fascynowało, że w skrajnych sytuacjach ludzie mimo całej swej złożoności, mimo wszystkich różnic w gruncie rzeczy zawsze zachowają się tak samo. Jeśli ktoś mnie obrazi, to w zależności od sytuacji, okoliczności, nastroju – zachowam się odmiennie. Ale jak ktoś mi powie: masz raka - to otwieram książkę i patrzę co zrobię jutro albo za chwilę. I rak w tym przypadku jest uogólnieniem, bo to się przekłada na każdą skrajność, w której żyć nam przyjdzie.

- jest taki film „Wag the dog” sprzed prawie dwudziestu lat, o potężnej manipulacji w Białym Domu
- krąży gdzieś teraz wokół przypowieść o nadzwyczajnym strażaku
- w prawie czterdziestomilionowym kraju zderzamy się od ponad roku z nieakceptowalną rzeczywistością.

NIEŚWIADOMOŚĆ
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Jedenaście dni przed wyborami, prezydent zostaje przyłapany z nastolatką. Sytuacja nie pozostawia żadnych wątpliwości. Pojawia się zarzut o molestowanie nieletniej.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody zapaliła się chałupa. Niedaleko Rynku ale samotnie stojąca. Do szczętu spłonęła.
3. Polska, jesień 2015.
Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory parlamentarne uzyskując większość mandatów w sejmie RP.

NIEPEWNOŚĆ
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Doradcy prezydenta po burzliwej dyskusji wpadają na pomysł odwrócenia uwagi wyborców i wywołują fikcyjną wojnę z Albanią. „Dlaczego z Albanią? A dlaczego nie!”
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody wybuchają kolejne pożary. Okazuje się, że to podpalenia. Z kręgów ochotniczej straży pożarnej padają szeptane oskarżenia pod adresem gminy i sołtysa o zaniedbania. Ludzie wychodzą na ulice. Zaczynają rozmawiać. Okazuje się, że zawsze w miejscu pożarów widziano głównego strażaka Wiesława Bigosa.
3. Polska, zima 2015.
Prawo i Sprawiedliwość na oczach osłupiałych obywateli, metodycznie łamiąc prawo rozpoczyna likwidację trójpodziału władzy skupiając się na demontażu Trybunału Konstytucyjnego. Następne w kolejce są media publiczne. Prezydent przytakuje. Ludzie wychodzą na ulicę.

ZAPRZECZENIE
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Nieistniejącą wojnę sprzedaje się w mediach. Nikt jej lepiej nie „wyprodukuje” niż Hollywood. Pan filmowy producent w jedwabnym szlafroku rozważa wyzwanie - w rezydencji na wzgórzach Los Angeles. W telewizji konferencja prasowa prezydenta z Waszyngtonu. Mówi o Albanii, wojennym trudzie i ofiarach.
- Niezły jest. Powinien powiedzieć coś o swojej matce. – mruczy hollywoodzki producent, a doradca prezydenta wyciąga zużytą motorolę z klapką i antenką.
- Niech powie coś o swojej matce. – rzuca do słuchawki.
- Moja matka… - głosi z telewizora prezydent Stanów Zjednoczonych.
Hollywoodzki producent przyjmuje ofertę.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody pojawiają się pierwsze filmy na których widać głównego strażaka Wiesława Bigosa podpalającego kolejne domy. Z ochotniczej straży pożarnej już oficjalnie i głośno padają zarzuty do sołtysa o zaniedbania. Najgłośniej krzyczy główny strażak Wiesław Bigos. Sołtys mówi o spokoju, o jedności, o prawdzie. Twierdzi głośno, że to niemożliwe, żeby był to spisek.
3. Polska, wiosna 2016.
Ludzie trwają na ulicy. Kilkaset tysięcy protestujących nie może ujść bacznemu oku władzy. Tymczasem jednak walec „równa równo z ziemią”. Padają kolejne bastiony demokracji – sejm obraduje nocą bez prawa sprzeciwu. Sprzeciw pojawia się przede wszystkim na ulicy.  

BUNT
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Produkcja wojny to wspaniałe wyzwanie dla hollywoodzkiego producenta. Zdjęcie umorusanej dziewczynki z kotkiem na rękach w ruinach nieznanego miasta obiega cały świat. Gwiazdy piszą piosenkę o pokoju. Piękny protest song krąży po wszystkich stacjach telewizyjnych. Produkuje się wiadomości z pierwszej linii frontu. Powstaje wojenny przemysł – czapeczki, gadżety.
Ludzie kupują patetyczną narrację.  
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody główny strażak Wiesław Bigos wychodzi na ulicę krzycząc, że pożary to wina sołtysa. Wioska się dzieli. Jedni wierzą Bigosowi, nie wierząc filmom na których przecież ogień do benzyny dorzuca. Większość jednak oskarża strażaka bezlitośnie. Bigos wznieca pożary wszędzie. Nikt ich nie może ugasić. Ludzie wychodzą na ulicę. Stają przeciw sobie zwolennicy i przeciwnicy strażaka. Sołtys jest wściekły.
3. Polska, lato 2016.
Ulica krzyczy, ludzie krzyczą, partia rządząca robi swoje. Zawłaszcza kolejne kawałeczki przestrzeni publicznej. Czas na szkoły i prawa kobiet. Ulica wrze.  

TARGOWANIE SIĘ Z LOSEM
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Molestowana przez prezydenta nastolatka dobija się nagle do drzwi sławy. Ktoś wyciąga ją znowu z niebytu, ku uciesze gawiedzi. Hollywoodzki producent reaguje natychmiast produkując bohatera wojennego. „Prosto z Albanii” wraca w czapeczce, T-shircie i z gadżetami, w rytm wojennego protest songu wielkich gwiazd, wymyślony i poorany wojenną przeszłością amerykański bohater – twardy i prawy, lecz ze łzami w oczach po tym co zobaczył w Albanii. Telewidzowie płacząc wraz z nim zapominają na zawsze o molestowanej nastolatce.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody główny strażak Bigos krzyczy, że powstrzyma pożary. Ludzie nie wierzą, bo widzą, że wznieca, a pożary nie ustają. Mają jednak dość pożarów, a ulice płoną coraz bardziej. Ludzie kipią wściekłością.
3. Polska, jesień 2016.
Prawa kobiet poddają się presji kobiet. Tędy droga - może się wydawać. Ulica powtarza - jedność. Opozycja zaczyna pękać. Walec władzy nabiera bezlitosnego przyspieszenia.

DEPRESJA
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Wojna wygrana. Producent w jedwabnym szlafroku chce jednak sławy i ujawnienia swojej roli w swej największej hollywoodzkiej produkcji – wojnie z Albanią. Dlatego musi zginąć, a prezydent bez przeszkód zostaje wybrany na następną kadencję. To koniec nieistniejącej wojny.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody ludzie wybierają nową straż pożarną. Były główny strażak Bigos protestuje - krzyczy, że przecież gasił skutecznie. Wznieca nowe pożary. Świeżo wybrana straż likwiduje je natychmiast. Bigos nie kryje wzburzenia.
3. Polska, zima 2016.
Prawo i Sprawiedliwość łamie sejm wyrzucając zeń media. W odpowiedzi posłowie okupują salę posiedzeń. Rządząca partia obraduje w amoku w sali kolumnowej - kompletnie nielegalnie. To posiedzenie staje się synonimem zdrady. Ludzie blokują sejm. Wkracza policja. Ulica skacze sobie do gardeł. Polskie piekło rusza w tłum.

AKCEPTACJA
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
„Zakończył wojnę? Jakim prawem?! To nie jego produkcja!”
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
Bigos zakłada konkurencyjną ochotniczą straż pożarną. Czas na kolejne pożary.
3. Polska, zima 2017.
Rozbita ulica przyjmuje kolejne ciosy bez słowa. Rządząca partia zaczyna majstrować przy ordynacji wyborczej.


* Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
* Tekst ukaże się w najnowszym numerze KODkarpacia.

wtorek, 6 grudnia 2016

wiatr...

Trzy  lata temu już było, ale nie mogłem się powstrzymać....

Zaczęło wiać.
Cholera, tak mogłaby się zaczynać jakaś mroczna sensacyjna powieść. Jakiś King, albo Chandler:
„Zaczęło wiać w czwartek po południu. Kiedy pierwszy, nieśmiały jeszcze podmuch uniósł w górę jakieś marne strzępy wczorajszego LA Timesa, Walter Chomsky przebiegał właśnie przez Hollywood Boulevard, tuż przy Kodak Theatre, gorączkowo starając się ustalić …” – dalej już treść ustaleń Waltera w stylu – „…po jaką cholerę zgodził się na spotkanie z…”, albo „…w której kieszeni jest jego ostatni papieros…”, bądź ostatecznie „…czy twarz, którą widzi po drugiej stronie ulicy, nie wydaje mu się skądś dziwnie znajoma…”.
A potem nasilający się wiatr, krew, tajemnica, napompowane cycki rozłożystych blond cudów, matka – córka, brudni magnaci, skorumpowani gliniarze – słowem kilka dni w świecie drzewek pomarańczowych, whisky bez lodu i leniwie mieszających spocone powietrze wiatraków, które pozwalają miękko przepłynąć wyobraźni do szalejącej na ulicach wichury.
Wszystko potrwa pewnie zaledwie ze trzy dni, będzie miało śmiały przekaz o twardych facetach, przyjaźni, zasadach i nieszczęśliwej miłości. Walter będzie wygrany i przegrany. W niedzielę wieczorem spojrzy z Hollywood Hills na rozświetlone miasto i wygrzebie z kieszeni lnianej marynarki pomiętą paczkę z ostatnim Camelem. Wyciągnie ostatnią zapałkę. Na jego pooranej ostatnimi dniami twarzy zagości uśmiech.
„Wiatr ustał, tak samo niespodziewanie jak się pojawił.”

Taki gotowy przepis, zależny od klimatu.

Nilssen jechałby pewnie swoim starym volvo godzinami przez przedmieścia Sztokholmu, aż w końcu na ostatniej, dziewięćset sześćdziesiątej siódmej stronie, wirujące płatki śniegu osiadłyby mu na twarzy i w dalekim kontekście ze strony trzydziestej pierwszej musielibyśmy się domyślić, że spływający po twarzy Nilssena śnieg, łzy tylko maskuje. Z tym że ta sześćdziesięciosiedmiostronicowa ucieczka przez szalejącą zamieć na sześćset czterdziestej siódmej stronie jest naprawdę porywająca. Tym bardziej, że Nilssen dojrzał w niej swoje dzieciństwo na nagich wydmach i wspomniał pierwszą rybę złowioną na kutrze stryja.

Klimat dużo zmienia. Klimat wiele wyjaśnia.

U nas po prostu „piździ jak w kieleckiem”, a Zenek mocuje się z porywanym wiatrem eternitem. I to nie jest złe. Jest inne po prostu….

No dobra.
Nieprawda.
Jest złe.
Jest złe jak jasna cholera, że estetyka eternitu dominuje w naszej przestrzeni. Obsranej budami z tanim żarciem i chińskimi ciuchami. I wszystko jest takie second hand. Brzydcy ludzie, w brzydkim świecie zabijają się siekierami w błocie. Wiatr wieje, bo zawsze wiał, a fruwający wokół bud i dziurawych, tekturowych magazynów eternit, nie ma nawet komu łba obciąć. A jak już pojawi się jakiś Nilssen czy Walter, to uśmiercimy go na wysypisku śmieci. I tak się będziem pławić we własnej brzydocie.
A przecież u nas też czasem przestaje wiać.
Dziś wiatr unosi piach na wydmach, wiruje śnieżnym pyłem, wbija w ziemię szczyty jodeł. Dziś fruwa po lasach, jeziorach, pustych, wąskich uliczkach małych miasteczek. Dziś jest.
A kiedy się skończy, usiądziemy na jakimś naszym małym wzgórzu i spojrzymy na miasto.
Inaczej?

poniedziałek, 31 października 2016

wszyscy święci

I stanęli gdzieś razem.
I poszli w jedną stronę.
I wszystko inne stało się nieważne.
Zostawili niezałatwione sprawy i puste krzesło w dobrze znanym miejscu. 
I pamięć. U każdego z nas zupełnie inną.


"Czas na mnie
czas nagli

co ze sobą zabrać
na tamten brzeg
nic

więc to już
wszystko
mamo

tak synku
to już wszystko

a więc to tylko tyle

tylko tyle

więc to jest całe życie

tak całe życie"

Tadeusz Różewicz



Czesław Kiszczak, polski generał, polityk, członek WRON, minister spraw wewnętrznych, premier w PRL (ur. 1925)
Helmut Schmidt, niemiecki polityk, kanclerz Niemiec (ur. 1918)
Maciej Szczepański, polski publicysta i dziennikarz, działacz PZPR (ur. 1928)
Jan Góra, polski duchowny, dominikanin, twórca Spotkań na Lednicy (ur. 1948)
Lemmy Kilmister, brytyjski wokalista, basista, członek zespołu Motörhead (ur. 1945)
Elżbieta Krzesińska, polska lekkoatletka, skoczkini w dal (ur. 1934)
Roman Bartoszcze, polski polityk i rolnik, pierwszy prezes PSL (ur. 1946)
Natalie Cole, amerykańska piosenkarka (ur. 1950)
David Bowie, brytyjski piosenkarz (ur. 1947)
Alan Rickman, brytyjski aktor (ur. 1946)
Bogusław Kaczyński, polski dziennikarz, publicysta, krytyk muzyczny, znawca savoir-vivre (ur. 1942)
Janusz Muniak, polski saksofonista jazzowy (ur. 1941)
Xymena Zaniewska, polska projektantka mody, scenograf, architektka (ur. 1927)
Butrus Butrus Ghali, egipski polityk, sekretarz generalny ONZ (ur. 1922)
Andrzej Żuławski, polski reżyser filmowy (ur. 1940)
Umberto Eco, włoski pisarz, filozof, felietonista (ur. 1932)
Nancy Reagan, amerykańska aktorka, pierwsza dama (ur. 1921)
Marian Kociniak, polski aktor (ur. 1936)
Guido Westerwelle, niemiecki polityk, minister MSZ Niemiec i wicekanclerz (ur. 1961)
Marek Bargiełowski, polski aktor (ur. 1942)
Johan Cruijff, holenderski piłkarz, trener (ur. 1947)
Jan Kaczkowski, polski duchowny katolicki, prezbiter, bioetyk (ur. 1977)
Imre Kertész, węgierski pisarz, laureat Nagrody Nobla (ur. 1929)
Cesare Maldini, włoski piłkarz, trener (ur. 1932)
Zyta Gilowska, polska ekonomistka, polityk, minister finansów, wicepremier, posłanka na Sejm RP (ur. 1949)
Henryk Średnicki, polski bokser (ur. 1955)
Prince, amerykański piosenkarz (ur. 1958)
Tadeusz Gocłowski, polski duchowny katolicki, arcybiskup metropolita gdański (ur. 1931)
Maria Czubaszek, polska pisarka, satyryczka, autorka tekstów piosenek, dzienikarka (ur. 1939)
Andrzej Urbański, polski dziennikarz, polityk, poseł na Sejm RP, prezes Telewizji Polskiej (ur. 1954)
Krystian Rempała, polski żużlowiec (ur. 1998)
Andrzej Niemczyk, polski siatkarz, trener (ur. 1944)
Muhammad Ali, amerykański bokser (ur. 1942)
Andrzej Kondratiuk, polski reżyser filmowy (ur. 1936)
Monika Dzienisiewicz-Olbrychska, polska aktorka (ur. 1939)
Janina Paradowska, polska dziennikarka (ur. 1942)
Michael Cimino, amerykański reżyser i scenarzysta filmowy (ur. 1939)
Elie Wiesel, amerykański pisarz, dziennikarz, laureat Pokojowej Nagrody Nobla (ur. 1928)
Włodzimierz Odojewski, polski pisarz (ur. 1930)
Franciszek Macharski, polski duchowny katolicki, arcybiskup metropolita krakowski, kardynał (ur. 1927)
João Havelange, brazylijski działacz sportowy, prezydent FIFA (ur. 1916)
Sonia Rykiel, francuska projektantka mody (ur. 1930)
Gene Wilder, amerykański aktor (ur. 1933)
Beata Kolis, dziennikarka, współzałożycielka KOD (ur.1958)
Waldemar Dziki, polski reżyser i producent filmowy (ur. 1956)
Szimon Peres, izraelski polityk, prezydent Izraela, laureat Pokojowej Nagrody Nobla (ur. 1923)
Andrzej Wajda, polski reżyser filmowy i teatralny (ur. 1926)
Dario Fo, włoski pisarz, laureat Nagrody Nobla (ur. 1926)
Andrzej Kopiczyński, polski aktor (ur. 1934)

...i mnóstwo innych nam najbliższych...



piątek, 28 października 2016

to już trzy lata...

-Dzień dobry Panie Premierze, mogę panu zająć chwilkę….
-Może Pan, ale czy warto?
Krótko rozmawialiśmy. Krótko wyjaśnił mi Pan dlaczego nie chce brać udziału w moim szaleństwie. Krótko wyjaśnił mi Pan dlaczego ja też nie powinienem.
Miał Pan wielki talent do wyczuwania niebezpieczeństw i wiedział Pan, że z tamtego pokoju były same złe wyjścia. Tak naprawdę dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego miał Pan rację.
A potem spokojnie opowiedział mi Pan o wielkich czasach, jakby to było coś nadzwyczajnie zwykłego. Pamiętam, że drażniła mnie ta rozwleczona płynność rozmazanych słów, a jednocześnie wbijała gwoździem ich bezsprzeczna racja i niepodważalna mądrość. Każde zdanie ważyło tonę i dopiero gdy wybrzmiewało, zdawałem sobie z tego sprawę.
Choć wcale Pan tak nie chciał. Pan po prostu mówił. Tak jak zawsze.
Gdy potem w Brukseli rozmawialiśmy z profesorem Kułakowskim o Waszych wspólnych wakacjach tamtego roku, ujrzałem cień na jego twarzy, gdy wypsnęła mi się troska o Pana zdrowie. I już wiedziałem, że nici z naszej rozmowy, bo tylko tęsknie spoglądał profesor na telefon, żeby sprawdzić czy wszystko u Pana w porządku.

Bo Pan był ważny.
Trochę się boję to powiedzieć, ale Pan był najważniejszy.
Bo Pan był. I wszyscy wiedzieli, że Pan zawsze będzie.
I tak się nie robi Panie Premierze, że się tak po prostu idzie precz!
Bo do kogo teraz…?
Lekcje przyzwoitości, mądrości, szacunku – od kogo brać?
Siedzicie teraz pewnie z Kułakowskim, z Jackiem, Geremkiem, Kozłowskim, z Turowiczem na kładce nad potokiem i majtacie nogami nad wodą.
Podwinięte nogawki, rozsupłane sznurówki, rozchełstane koszule.
Jak dzieci.
Jak Włóczykije.

A tu nieszczęśliwi ludzie robią rzeczy, których nie lubią robić. Których nienawidzą.
Robią te rzeczy, bo jest im to potrzebne, tak jak potrzebna im jest nienawiść.
I epatują tym swoim nieszczęściem.
I nienawiścią.
Bo nienawidzą tych, którzy wiedzą i 
pamiętają
Tych, którzy trwali kiedyś w milczeniu i byliby szczęśliwi, gdyby im to szczęście w spokoju zostawić.
I uśmiech.
I płacz.
I życie.
A nie tylko niszczyć.
I to jest porażające.

Bo nie zdążył ich Pan nauczyć – przyzwoitości, mądrości, szacunku….
A nikt inny nie umie.
Pan pewnie chciałby, żeby się sami nauczyli.
Jak zawsze.
Panie premierze.
„Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?”
Panie premierze kochany.
Larum grają…

A Pan siedzi z Jackiem nad potokiem….

niedziela, 16 października 2016

Adam

Taki niepozorny facet w koszuli w kratę kręcący się razem z Jackiem, Geremkiem i Mazowieckim koło Wałęsy.


Czarno-białe zdjęcia. Papiery, parapety, papierosy. Styropian.
Wasz prezydent nasz premier, zdjęcie z Wałęsą, uczciwość, przyzwoitość, prawda.
Voigt u Barei w „Alternatywach” do telefonu: „Adam ty się przestań jąkać, tylko powiedz o co chodzi”.


Bo jakoś tak zawsze było, że wszyscy zawsze czekali, co powie Adam. Albo lepiej - Adam mówił zawsze pierwszy to, czego wszyscy się bali. Bali się powiedzieć i usłyszeć.
Facet w kraciastej koszuli. Ten z tych najmądrzejszych i najbardziej przenikliwych. Niedbały intelekt. Legenda.

I teraz Adam kończy siedemdziesiąt lat.

Gdzieżby mi do mojej głupiej, nastoletniej głowy przyszło, że kiedyś do stołu usiądziemy i się będziemy tykać. I gadać długo i z sensem, jak to się coraz rzadziej zdarza w dzisiejszych smutnych czasach, w których słowo tak mało znaczy.
Gdzieżbym pomyślał, że gościem w domu Adama, w mieszkaniu tysięcy książek będę. Gdzie długie, nocne Polaków rozmowy przeciągają się wzdłuż i wszerz, rozlewając się wokół niczym ciepło świątecznego stołu. Trochę trudne i chropowate, ale zawsze mądre i prawdziwe.
Gdzieżbym wpadł na to, że te jego urodziny wspólnie świętować będziemy w bieszczadzkiej głuszy. Patrząc na spowite mgłami, spocone dawno zapomnianą krwią, rude o tej porze roku lasy.

Patrząc w bezruchu i oniemiałym zachwycie. Delektując się bezmiarem.
W spokoju.
Nie mogę się doczekać.

Sto lat Adamie i do zobaczenia.


poniedziałek, 10 października 2016

nienawiść

Zwyczajne małe miasteczko. Wschodnia Galicja. Zalany słońcem Rynek. Wąskie uliczki. Przy jednej z nich taka zwykła kamienica. Biegniesz ze słońca do cienia. Skok w bramę i po schodach. Z wypalonych światłem, rozgrzanych, ulicznych kamieni w ciemną chłodną czeluść w brzuchu wielkiego domu.
Na parterze mieszkali Żydzi. Eidem był stolarzem i miał skład mebli pod miastem. A Leibowicz był  szklarzem i miał małą śliczną córeczkę. Nomę. Na Purim dzielili się makagigi z wszystkimi sąsiadami, by mak z miodem i orzechami tańczył na uśmiechniętych wargach przyjaciół. A ci odwzajemniali się kutią i karpiem na Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Świąt zresztą w kamienicy było co niemiara i wszyscy się nimi dzielili, bo fajnie mieć dwie wielkie noce, czy boże narodzenia. I nieważne czyje one są.
Bo na pierwszym piętrze mieszkała cała reszta. Rodzina Rusinów Muzyczków oraz ksiądz Siekierżyński, który przeszedł z katolicyzmu na grekę i nikt mu tego za złe nie miał, bo się przecież zakochał. A żona jego ukochana dwóch synów mu później urodziła - Bogdana, który filozofem krakowskim został i Sławka – starostę niżańskiego. A obok moja babcia – wtedy nastolatka z całą swoją polską, katolicką rodziną i czwórką rodzeństwa. I na końcu Wallner. Austriacki sędzia, który został polskim sędzią po CK. A potem jak weszli Niemcy zapisał się do NSDAP.
I wszystko się skończyło.
Tak łatwo wzbudzić nienawiść, pozornie nie wzbudzając jej nawet.
Kiedy Eidem i Leibowicz szli z rodzinami do transportu, nie wiedząc przecież gdzie idą. Zostawili ostatnim tchnieniem instynktu śliczną, małą Nomę w piwnicy. I przyjaciele, sąsiedzi rankiem znaleźli zapomniane dziecko. I odprowadzili na dworzec do rodziców, bo przecież nie mieli pojęcia, gdzie pojadą. Że do Bełżca. I że koniec.
A potem świat potoczył się szybciej.
I przyszli inni.
I zostali.

niedziela, 11 września 2016

9/11

Nowy Jork.
Manhattan.
Jules Naudet, francuski Amerykanin kręci film dokumentalny o pracy nowojorskich strażaków. Trzyma w ręku małą cyfrową kamerę. W kadrze pochylający się nad studzienką strażak bada, czy nie ulatnia się gaz. Nagle gdzieś w tle słychać dziwny narastający dźwięk. Potężne silniki samolotu. Dźwięk będzie w tej historii najważniejszy, bo całą resztę świat widział już tysiące razy. Strażak błądzi wzrokiem po słonecznym niebie, nie znajduje jednak w wąskim korytarzu wysokościowców niczego nadzwyczajnego. Kamera zdaje się zastanawiać nad swoim kolejnym ruchem. Strażak opuszcza głowę. I wtedy słyszymy ryk silników tuż nad głową Julesa. Błyskawicznie kieruje kamerę w górę. I nagłe olśnienie. Opóźnienie docierającego do naszych uszu warkotu. Szybki ruch kamery w lewo i jest. Wielki pasażerski odrzutowiec jakieś pięćset metrów od młodego filmowca. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od wieży jednego z bliźniaków WTC. 
Mgnienie oka. Jest 8:46. Wybuch.
Rozpryskująca się w chmurze ognia stal, szkło, zapewne resztki ludzkich ciał.
Dźwięk? Cisza. Ułamek sekundy ciszy i reakcje.
Po kolei. Z oddali. Coraz bliżej kamery.
Holy shit – całkiem daleko,
oh my God – troszkę bliżej
i wreszcie ta najbliższa – operatora Julesa Naudet.
Ciche triumfujące – yes.
Takie przedłużone w środku Yeees.
Yes – mam to, yes – udało się, yeees….
z sykiem „es” na koncu, bo się nagrało.
I wtedy wreszcie słyszymy, docierający z takiej odległości dopiero po chwili, dźwięk wybuchu.
Porażający odgłos śmierci.

Julesowi nie drży ręka, pewnie trzyma najważniejsze w swoim życiu ujęcie.


czwartek, 16 czerwca 2016

mecz

„Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są” – mówi Emma w Lecie Muminków. 
I jestem przekonany, że gdyby Rodzina Muminków podczas powodzi zacumowała przy starym stadionie, a nie przy teatrze, gdyby legendarny inspicjent Filifionek był legendarnym trenerem, a Emma emerytowanym kierownikiem drużyny – powiedziałaby to samo o piłce, a Tatuś Muminka nie pisałby sztuki o narzeczonych lwa, tylko zorganizowałby zupełnie inny spektakl, który Emma nazwałaby meczem. Spektakl wielki, wybitny, porywający – z kompletnie nieprzewidywalnym zakończeniem. Bo o ile po pierwszych słowach rozedrganego duńskiego księcia domyślamy się, że nie skończy się to wszystko dla niego jakoś nadzwyczajnie dobrze, o ile dość szybko orientujemy się, że Godot raczej się nie zjawi, o tyle konia z rzędem temu, kto napisze konkretny i pewny scenariusz dzisiejszego wieczornego spektaklu. Najważniejszego spektaklu w najważniejszym dziś teatrze.
Bowiem dziś wieczór magiczny. Dwudziestu paru aktorów wykorzysta wszystkie umiejętności i siły. Każdy nabyty przez lata odruch, każdy wyćwiczony gest, każdy krok, każdy oddech może mieć dziś największe znaczenie. Do ostatniego tchu, krwawiących ran, eksplodujących mięśni. I nie ma żadnego scenariusza. Poza tym, że przez dziewięćdziesiąt parę minut dla nich i dla milionów naszych i tamtych to najważniejszy dzień w życiu, a na końcu gdzieś ktoś będzie płakał, a gdzie indziej spełnią się czyjeś marzenia i nastanie szalona noc.
Ale tak czy inaczej dziś stanie się cud. Być może przyjdzie w końcu Godot, a Hamlet nie skona na zamku w Elsynorze. 
Być może….