czwartek, 14 czerwca 2018

mundial

Tak, oglądam Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Rosji. Tak jak oglądałem w 1978 w Argentynie pod rządami wojskowej junty, w 1982 w postfrankistowskiej Hiszpanii, która właśnie podnosiła się z kolan, w 1986 w Meksyku pod autorytarnym rządami PRI czy w mafijnych Włoszech 1990 roku.

Nie, nie pojechała na MŚ reprezentacja jedynie słusznej partii, tak jak wcześniej nie błyszczała na nich reprezentacja Gierka, WRON stanu wojennego, Jaruzelskiego czy rządu Mazowieckiego.
Tam pojechała reprezentacja Polski - mojego kraju, reprezentacja najważniejszej w tym kraju dyscypliny sportowej - piłki nożnej.

Gram w piłkę i żyję piłką od kiedy nauczyłem się chodzić i nigdy nie łączyłem jej z polityką, bo nic mnie ona nie obchodziła, kiedy strzelało się decydującego gola w ostatniej minucie meczu - uwierzcie nie ma nic wspanialszego.
Polityki w tym dla kopiących nie ma, w trudnym odróżnieniu od na przykład wyżej wymienionych autokratów - poczytajcie o piłce choćby w Hiszpanii za czasów Franco.
To nie jest łatwe wyparcie, ale powiedzcie to chłopakom z faweli kopiących bosymi stopami szmaciankę i dających światu Pelego czy Garrinchę, powiedzcie to Zizou - dziecku berberyjskich imigrantów z marsylskich slumsów, powiedzcie to naszym reprezentantom Polski, z których chyba każdy jest z małego miasteczka czy wioski i przecież własną ciężką pracą, własnym nieprzeciętnym talentem wspiął się na szczyt.

Powiedzcie im wszystkim, żeby zbojkotowali tę najważniejszą rzecz w ich życiu. Najważniejszą chwilę.

Tak - Rosja jest potworem. Potworem, który gości najwspanialszych atletów z całego świata, którzy uprawiają wstrętnie skomercjalizowaną dyscyplinę sportu.
Tylko że ludzie na całym świecie patrzą na nich i płaczą ze szczęścia lub rozpaczy. A potem tańczą na ulicach - często wygrani z przegranymi, bo to jest piłka. Bo to jest dla nich zupełnie nie wiedzieć czemu - najważniejsze.

A może właśnie wiemy dlaczego.
Bo tak czy inaczej dziś stanie się cud.


PS. Poczytajcie - to pisałem o jakimś niegdysiejszym meczu i tak mi się zdaje, że to sedno miłości do piłki: MECZ

niedziela, 3 czerwca 2018

diament...


I tak wylądowaliśmy na płonącym śmietnisku importowanym z całego świata i niczym konający Maciek Chełmicki - wraz ze swymi nadziejami, odwagą i dumą, wraz z żalem za utraconymi bezpowrotnie szansami - brniemy w nim 'nadzy utopieni w mule', który Styksem przecież nie jest.
Tak zamieniwszy poloneza Ogińskiego na disco polo, a chwałę bohaterów na brunatne bojówki nietolerancji - taplamy się w śmieciach i liżąc z goryczą rany śnimy o minionej sławie.


Tym właśnie staliśmy się przez dwa i pół roku - śmietniskiem Europy pełnym cwaniaków od łatwej kasy, hipokryzji i arogancji, którą plują nam cynicznie w twarz przybierając bezwstydnie święte pozy zbawców narodu. Bezwzględnie i bez litości.

To się nam nie należało!
Patrzymy na to z obrzydzeniem i ciągłym niedowierzaniem, że się stało, lecz szata Dejaniry płonie spokojnie na zgarbionym grzbiecie, bo zedrzeć jej sił nie mamy, a i wiary brakuje i wstyd przed nagością.

I co teraz? Czy to już ta granica, co za nią uśmiech pogodny i tyle? Czy to już właśnie umieramy powoli w przyzwoleniu i apatii? W oczekiwaniu?

Maciek Chełmicki nie zmartwychwstanie przecież z morza nie swoich śmieci.
My możemy.

"Wiary dziś życzę Tobie, że zostanie
Bo na tej ziemi jesteś po to właśnie
By z ognia zgliszcza
Mógł powstać dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie
Czy wiesz, że jesteś po to właśnie!
Połóż rękę na sercu
Otwórz oczy szeroko i skacz!
Powiedz: Teraz lub nigdy
Zamiast: Będzie co ma być
I nie czekaj aż głód spełni
Twoje cierpienie! Tak!"

C.K. Norwid





wtorek, 22 maja 2018

polskie drogi

Przejechałem kawałek Polski w te i wewte i jak zawsze wpadłem na jakieś Polskie Drogi, które niby skrótem czasem donikąd prowadzą. Tam gdzie czas się zatrzymał, gdzie centrum handlowe to stary sklep GS, stacja benzynowa to taki "cepeenik" na dwa dystrybutory i znudzonego nalewacza w poplamionych ogrodniczkach, a przystanki autobusowe to kawał pomalowanej na żółto blachy. Tam asfalt wije się poorany jakimś dziwnym rodzajem nieznanej nikomu perforacji, a człowiek to niespotykana istota mimo środka dnia i pełni słońca. Pustka, próżnia, nothing, nic - kilkadziesiąt kilometrów drogi przez "nowhere" na południe od Radomia, a nie na pustyni pod Vegas.


Nie, nie ma krów, kóz, kur i innego drobiu, nie błąkają się nawet bezdomne psy. Tu sklepik U Władzi martwy całkiem, tam martwe co inne i nawet bar Pod Dębem nie przyciąga nikogo spienioną pianą pełnych kufli. Wszystko jak w jakimś post apokaliptycznym świecie neutronowych bomb, jak po zakończeniu Ostatniego brzegu, jak ... w Polsce w okolicach Zwolenia?

Na czarnoleskiej ziemi Kochanowskiego, w prastarej kolebce kultury i języka, gdzie ta ówczesna renesansowa nowoczesność dzisiaj tylko blachy kawałkiem na przystanku, do którego pewnie autobus raz dziennie dociera.
Tu nie ma Unii, rządu, opozycji, nie ma lewicy i prawicy, nie ma beneficjentów wolnej Polski, ani poszkodowanych przez system. Jest tylko czysto i schludnie, a wieczorem pewnie leci Dziennik i film z Van Damme'm.
Taki kawałek Polski zapomnianej przez wszystkich, bo Pan Bóg pewnie też już tutaj nie zagląda.

Pewnie jest ich dużo więcej.



poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Smoleńsk inaczej


Gdańsk - rok 1968.

Piętnastolatek w skupieniu pisze pędzlem na murze „Katyń – nie zapomnimy”. Grupka chłopców wokół niego. Wiadro z farbą. W oddali pojawia się patrol milicji. Chłopcy w panice zbierają „dowody zbrodni”. Piętnastolatek nie przestaje malować napisu. Chłopcy rzucają się do ucieczki, krzyczą: „Aram – spierdalamy!” – Aram w skupieniu kończy malować Kotwicę – znak Polski Walczącej.
Milicjanci biegną, zbliżają się do niego. Ostatnie maźnięcie pędzla. Aram odwraca się w kierunku mundurowych. Rzuca w nich pędzlem. Ucieka. Milicjant próbuje go pochwycić, ale chłopiec wymyka się i wpada do bramy. Przebiega na drugą stronę budynku. Widzi morze. Gubi pościg i zbiega na plażę. Pada na piasku. Patrzy na morze i wielkie dźwigi stoczni.

Tak być mogło. Może było. Nie wiem.
Pomyślałem, że cały ten przeklęty Smoleńsk to była dla nas wszystkich szansa na powstanie trochę innego świata, w którym będziemy się pięknie różnić. Zaprzepaszczona paskudnie. Bezlitośnie. I to wszystko z tęsknoty za nią.

Dwanaście lat później, 18 sierpnia 1980 roku Aram Rybicki ołówkiem i czerwoną olejną farbą wypisuje na drewnopodobnej sklejce 21 postulatów „Solidarności”. Tekst przynosi mu Lech Kaczyński. Są w stoczni, bo zwolniono z pracy suwnicową – Annę Walentynowicz. Pewnie nie przypuszczali, że tak się to bardzo rozwinie. I że tak się to skończy. Choć przecież nie wszyscy tu są. Ksiądz Indrzejczyk opiekuje się swoimi owieczkami w Tworkach, Jurek Szmajdziński jest dobrze zapowiadającym się działaczem PZPR, Iza Jaruga pracuje w Polskiej Akademii Nauk, Jola Szymanek jest adwokatem, a Zbyszek Wassermann prokuratorem w Brzesku. Andrzej Przewoźnik chodzi do liceum i zaraz zacznie studia na UJ, gdzie spotka trzy lata starszego Janusza Kurtykę. A Przemek Gosiewski będzie zaraz studentem Lecha Kaczyńskiego tyle że w Gdańsku. Krysia Bochenek pracuje w katowickim radiu, Seba Karpiniuk idzie do pierwszej komunii, a Natalki Januszko nie ma jeszcze na świecie. Prawie trzydzieści lat później wszyscy razem wsiądą do jednego samolotu.

Chwilę po siódmej, 10 kwietnia 2010 roku.

Ale przecież to nie jedyna rzecz, którą zrobią razem. Poznają się dużo wcześniej. Na „styropianie”, przy okrągłym stole, w sejmie…. Różnią się, kochają i kłócą, ich drogi rozchodzą się i schodzą – jak to w życiu. W sumie jednak chyba kumple. Ileż pewnie chwil przy wódce spędzonych na tych kłótniach, dyskusjach, „nocnych Polaków rozmowach”. Ileż takich niecodziennych sytuacji jak spotkanie Jurka Szmajdzińskiego z Przemkiem Gosiewskim w „Zecie” u Olejnik, gdy Przemek przyszedł, bo radia pomylił, no i Jurek go zaprosił do studia. Ileż takich lotów, gdzie Natalka Januszko rozśmieszała wszystkich pokazując język i zwijając go w rulonik, a Seba Karpiniuk w panicznym strachu przed lataniem pokazywał swą prawdziwą twarz – cholernie daleką od medialnego wizerunku twardziela. Jurek, Przemek, Janusz, Zbyszek, Iza, Jola, Aram, Leszek… . I to „tykanie” tęsknotą tylko za tym, co poza mównicą, poza mediami, poza piekłem polityki. Za chyba kumplami, którzy w końcu spotkali się w jednym samolocie.

Chwilę po siódmej, 10 kwietnia 2010 roku.


PS. Panie Pośle, choć na nic się to dzisiaj nie zda, bardzo przepraszam, że nie oddzwoniłem.



niedziela, 8 kwietnia 2018

imagine


Jest ciepła, słoneczna niedziela.

Odpustowe stragany mienią się błyskotkami, a dzieciaki z kolorowymi balonikami dmą w plastikowe trąbki i strzelają z kapiszonów. Tuż obok kurdyjski kucharz kroi wysmażoną jagnięcinę pieczołowicie układając ją na rumianym lawaszu, a w wolnej chwili częstuje ze śmiechem hipsterską parę kawałkiem świeżo usmażonego falafela z łykiem arjanu.

Po drugiej stronie w podcieniach rozłożyły się książki - starocie o pożółkłych stronach i wystrzępionych okładkach, które przeszły w życiu więcej niż większość kupujących. Stare medale, ordery, znaczki, żydowski handlarz z wypłowiałymi obrazami w inkrustowanych ramach. Tu można przekąsić smażone na patelni pierogi i wchłonąć ukraiński barszcz przyrządzany przez piękną pulchną blondynkę o wschodnim zaśpiewie.

Z derbów wracają kibice w kolorowych szalikach. Rozlewają się falą po całej ulicy kłócąc się niemiłosiernie, która drużyna została oszukana przez sędziego, aż w końcu lądują wspólnie przy rozwieszonym nad ogniem woku, gdzie mamroczący pod nosem stare chińskie wróżby skośnooki kucharz, wyczarowuje przepyszne wariacje z orzeszków i ananasów, więc nikt dla spokoju ducha nie pyta o pochodzenie mięsa skwierczącego pośród owoców i warzyw utopionych w sojowym sosie.

Z szynku wychodzi ksiądz, rabin, pop - i lekko już wstawieni dyskutują o wyższości wzajemnych cudów kłaniając się nisko pastorowi, który wsuwając gorącą zapiekankę z pieczarkami i serem biegnie wrzucić dwa Euro do kapelusza długowłosego Irlandczyka, który odśpiewuje - w rytm swej akustycznej gitary - Imagine Lennona. 

Siwa staruszka sprzedaje bukieciki fiołków, ktoś recytuje wiersze, rumiana para rozpoczyna szaleńczy uliczny taniec w rytm dobiegającego ze staromodnego gramofonu tanga Gardela.

Trwa wir śródmiejskiej zabawy. Zmrożone krople spływają po brodach. Płoną uliczne światła. W półmroku ludzie jedzą, piją, kupują, bawią się.

Nie ma żadnego muru i karuzeli.
Jest tylko dzisiaj.
Tu i teraz.
Piękne i dobre.

I mam nadzieję, że jest takie jutro.

Bo taki miałem sen.

czwartek, 8 marca 2018

dworzec gdański 2018



Taki dziś dzień z dworcem w tle wspominającym kolejną naszą hańbę. To nie jest tak, że mamy ich jakoś okrutnie wiele, ale wrodzona chęć bycia najdoskonalszymi i bez skazy topi w morzu zakłamań wstydliwość naszych historycznych dokonań. Udajemy prawość w zapomnienie próbując wepchnąć grzechy przeszłości, a one przez to głośniejsze się stają niż wszystko inne, co piękne i warte powtarzania. Taki historyczny masochizm - publiczne wypieranie zła przykrywające dźwiękoszczelną materią całe dobro.

Dzisiaj szczególnie wspomniał mi się Natan. Natan mieszka w Warszawie, a mieszkał w Szwecji. Wyjechał z Polski w 1968 i opowiadał: „wiesz, byłem młody i myślałem, że lepiej być obcym - w obcym kraju, niż obcym - we własnym”, a potem zaraz dodawał, „a teraz jestem stary i wiem, że to jeden chuj”.  
Natan wyjechał jednak nie tylko dlatego, że go tu głośno nie chcieliśmy, ale też dlatego, że przeczytał w „Trybunie Ludu” taką krótką notkę, która mówiła, że jeżeli nie wyjedzie do któregoś tam września, to będzie traktowany jak wszyscy inni obywatele PRL. 
Natan nie był traktowany wcześniej w żaden jakiś specjalny sposób, wręcz przeciwnie, więc doszedł do wniosku, że teraz to już tylko piekło. I Natan wyjechał. Nie sam, tylko z tysiącami innych Polaków. Bez paszportu - z dokumentem podróży ważnym tylko w jedną stronę. Bez prawa powrotu. A dodatkowo z przymusem zrzeczenia się polskiego obywatelstwa, bo „posiadacz niniejszego dokumentu nie jest obywatelem polskim”. 
Już nie jest, czy nigdy nie był?
Natan osiadł w Szwecji, a potem, kiedy już mógł, to tu wrócił, bo to jest jego kraj, bo to jest jego ojczyzna – niewdzięczna, trudna, ale jednak własna. Natan jest matematykiem, więc mówił z przekonaniem: co ty wiesz o Bogu, ja Go widzę codziennie w liczbach.
Czy jakoś tak, bo Boga ma Natan policzonego jak 3,14. Pewnie nie do końca, ale w jakimś zalążku, tak jak tylko niewyliczalne - policzone być może. Jak π. I Natan jeździ na rowerze, oddycha swoim powietrzem i uśmiecha się szeroko, tak jakby ze wstydem, że to wszystko opowiada, bo takich jak on było wielu.
A ja, patrząc na Natana, przypominam sobie innego, dużo starszego Żyda, który opowiedział kiedyś - wspominając wojnę, którą przeżył – między kroplami deszczu – tak jak wszyscy, pewną piękną anegdotę, która brzmiała mniej więcej tak:
Pan Bóg postanowił, że skończy się ten świat. Na ziemię zejdzie potop, przy którym ten z czasów Noego, to malutka powódź.  Wezwał więc przedstawicieli największych religii, aby im to oznajmić. Macie dwa tygodnie, potem woda zaleje wszystko – powiedział Bóg. I co?
Chrześcijanie zaczęli się zamartwiać, pokutować, żałować za grzechy aby jak najlepiej przygotować się na spotkanie z Bogiem.
Muzułmanie zaczęli świętować, radując się na spotkanie z Bogiem.
A Żydzi? Żydzi nauczyli się oddychać pod wodą.

I dzisiaj 50 lat po tej hańbie jesteśmy wszyscy trochę jak Natan, a przecież porównanie nie przystoi, bo i krzywdy nieprzystawalne. Ale uczenie się oddychania pod wodą idzie nam w miarę sprawnie, choć boleśnie. I każdy swój własny, mały „dworzec gdański” próbuje nieść dumnie, niczym buławę w plecaku, choć przecież nawet nie dotknęliśmy rąbka krzywd sprzed pięćdziesięciu lat i tych wcześniejszych. Ale się boimy patrząc na los Natana, bo tak naprawdę to nasz własny los. Nas wszystkich.
 
Bo to nie „my i oni”.
To tylko my.
Wszyscy razem.
Bezradni.



zdjęcia:
(muzeum Polin -E.Turlejska)
(muzeum emigracji Gdynia)
  


poniedziałek, 12 lutego 2018

dziwne czasy



W dziwnych czasach żyję. W czasach, w których zdarzenia, które normalnie rozkładają się na setki lat, skumulowały się i eksplodowały prawie na moich oczach.

Urodziłem się dwadzieścia pięć lat po wojnie, a jestem przecież młody. Kiedyś mi się wydawało, że wojna to wieki jakieś zaprzeszłe, a teraz sobie myślę, że to było wtedy dla wszystkich moich najbliższych ówczesnych – tuż po. Krócej niż teraz po Peerelu.

Jaka to świadomość niesamowita się musi budować na rozumieniu faktu, że to tuż po piekle i jak się wtedy musieli wszyscy bać, że ono wróci. Lat trzeba było, żebym to zrozumiał, choć w psychozie retoryki „Ostatniego brzegu” – budziłem się zlany zimnym potem, we śnie widząc rosnące wokół grzyby jądrowych wybuchów. Ale potem papież Polak wniósł jakieś uspokojenie i byłem pewnie na jednym z największych zgromadzeń w historii, czyli na mszy na Błoniach krakowskich. No nie, że „nie-Włoch” to trudno było uwierzyć, ale Polak? A za chwilę „nasze” wojsko na naszych ulicach i trzy Noble dla Polaków. Literackie już były, ale pokojowy? I upadek imperium – tego się nikt nie spodziewał. Ja za życia świadomego nawet o tym nie myślałem głośno. Myślałem, że zawsze będę stał za mięsem i czytał bibułę, a tu Camele w kiosku i wydawany Miłosz i Orwell, paszport, który nareszcie mam, ale zaraz się okazuje, że nie jest mi zbyt potrzebny i dziś wstyd się przyznać, nie za bardzo wiem, gdzie leży – ale jak się gdzieś dalej wybieram, to znajduję i patrząc na te wszystkie pieczątki w środku – nie wierzę. I nie czekam na telefon sto lat, tylko podnoszę komórkę w samochodzie i dzwonię, gdzie chcę (pamiętam ten pierwszy raz). A tego tekstu nie stukam na moim starym Underwoodzie, co dziś nóżki jednej nie ma i się giba, i nie rozsyłam listem, jak do Koryntian, tylko „copy-paste” wrzucam na stronę, co by każdy, jeśli chce, mógł przeczytać.
I jeszcze po drodze papież abdykuje po raz pierwszy od czasów Jagiełły, i demokrację chcą obalić na naszych oczach, co się przecież wydawało niewyobrażalne, więc się człowiek czuje jak na fali jakiejś oceanicznej gibając się w przód i w tył, zatem 
patrząc z trwogą - co będzie - robi te wszystkie rzeczy, których by pewnie robić nie musiał, ale mu wstyd, że nie postarał się wcześniej i myślał, że na demokrację zasłużył forever, a poza tym się boi, bo tu mu dyktatura w ogródku rośnie. 
Taka jak dawno, dawno temu. Tuż po wojnie i 25 lat po też. W której spędził dzieciństwo i młodość już jej nie chce. Taki rollercoaster.

Dziwne to czasy.

Naprzeciwko domu ciotek w Sanoku mieszkał Dziuban. Błotniste podwórko obok walących się, oblepionych wapnem czworaków, rozjeżdżane było raz po raz furmanką – na gumach, bo drabiniastym pewnie ciotka nigdy by nie pojechała. Jesienią wsiadaliśmy z Gigą i Mysią na wóz Dziubana i jechaliśmy na Dąbrówkę po węgiel. Dumny dzieciak mógł czasem nawet chwycić lejce, a potem mozolnie wiadrami wnosiliśmy te dwie tony do drewutni. A teraz tam gdzie Dziuban osiedle stoi, dom ciotek, piękny z ciemnego drewna, dawno sprzedany i sidingiem obity. Ich też już nie ma. Tylko pamięć pozostała.

I tak sobie myślę, że przy tych wszystkich fantastycznych rzeczach, które mamy, które osiągnęliśmy, przy tych wszystkich niezwykłych zjawiskach i zdarzeniach, których świadkami byliśmy i jesteśmy, przy tych wszystkich intrakach, nowotelach, szeratonach i hajatach, przy tym wszystkim dookoła nas i wokół nas – najważniejsza jest pamięć, że życie obok furmanki Dziubana wcale nie było gorsze.

Było tylko po prostu inne.

Ale nie chcemy do niego wracać nawet z tęsknoty za bezpowrotnie utraconą młodością.
Bo zasmakowaliśmy wolności i nigdy nie pozwolimy jej sobie odebrać.


czwartek, 8 lutego 2018

pokłosie



Życie toczy się czasem okrutnie, czasem pięknie, ale prawie zawsze zupełnie niespodziewanie.
Świat po wczorajszym wpisie troszkę się dla mnie rozchybotał zupełnie niespodziewanym odzewem tak wielu ludzi i bardzo dziękuję.

Tym bardziej, że ta "niespodziewaność" dziś osiągnęła swoją telefoniczną kwintesencję:

- Jak się Pan ma? - zwyczajowo zabrzmiało prosto z New Jersey, głosem słyszanym od lat regularnie co kilka miesięcy.
- Dziękuję dobrze - a co u Pana, Panie Edwardzie?
Edward Mosberg wciągnął powietrze tak głośno, że usłyszałem przez cały ten ocean czasu i odległości,
- Czytałem. Trzeba mówić prawdę.

Z panem Edwardem to jest tak, że niewiele jest żyjących osób, które tak wiele wiedzą o okrucieństwie i piekle, o przypadku, szczęściu, nieszczęściu i wreszcie o niejednoznaczności. Jedyna jednoznaczność, którą od lat powtarza - mówi, że "nie wolno nam zapomnieć i nie wolno nam wybaczyć - wybaczyć mogą tylko Ci, którzy zostali zabici".
Polak, krakowianin wyznania mojżeszowego jak sam o sobie mówi i jak to powiedział ktoś inny "z trzema fakultetami" - skończył getto, obozy w Płaszowie i Mauthausen, a tam w kamieniołomie nie wiedzieć ile razy policzył 186 stopni schodów na "spadochroniarską górę".
Pamiętam jak ze łzami w oczach opowiadał historię swoich sióstr, które zawsze ustawiał w szeregu do transportu - z Płaszowa na śmierć - w ostatnich rzędach i zawsze ratowało im to życie, bo brakowało dla nich miejsca w wagonach. Aż w końcu esesmani odwrócili kolejność i Jego siostry wylądowały w wagonach jako pierwsze. Poszły na śmierć.
Nie wiedział wtedy, że tym samym uratowała się jego przyszła żona, która z pierwszego szeregu wylądowała w ostatnim. Która nie dostała się do getta i ukrywała się na Straszewskiego 8 - 500 metrów od Wawelu Hansa Franka - w kamienicy u pani Kwiatkowskiej, gdzie stacjonowali oficerowie gestapo. Z którą jest w szczęściu do dzisiaj.

- Trzeba mówić prawdę - pan Edward opowiada barwnie z takim pięknym dawnym akcentem nie słyszanym dzisiaj w Polsce - byli źli Żydzi i ja ich znałem, byli źli Polacy i ja ich też znałem, ale byli także dobrzy i Żydzi i Polacy i wszyscy. Nic nie jest jednoznaczne, choć oczywistym jest, że to były niemieckie obozy śmierci na terenie Polski. Polski wtedy nie było i nikt się Jej nie pytał czy można je stworzyć, a jeśli budować machinę śmierci, to gdzie - jeśli nie tam, gdzie jest największe skupisko Żydów.
Ta ustawa czyni szkody, bo może spowodować, że my - Ci którzy ocaleli - więcej do Polski nie przyjedziemy.
Trzeba dać świadectwo prawdzie.

Rozmawialiśmy ponad godzinę i w końcu umówiliśmy się na 13 marca, na rocznicę likwidacji getta w Krakowie.
Ustaliliśmy też, że damy świadectwo prawdzie.
Już wkrótce opowiem jak.

Dziękuję Panie Edwardzie.
Jak zawsze zadzwonił Pan w najlepszym momencie.

środa, 7 lutego 2018

wojna polsko - polska

No i się udało rów pogłębić Mariański polsko - polski i dorzucić mu "wartości" Polska vs. "the whole world" a potem rozsiać, niczym stonkę dyskusję, kto Żydom bardziej pomagał, kto bardziej Żydów mordował oraz zacząć skrupulatnie liczyć - co niepoliczalne i ważyć - co nie do zważenia.

I tak czytam te argumenty "niezwykle oryginalne" poparte jakimś słowem nieprawdziwym, które ma uwiarygodnić,
albo kwantyfikatorem ogólnym, żeby czytelnik wiedział na pewno, że wszyscy tacy byli, albo wszyscy wiedzą, albo wszyscy się z tym zgadzają.
A w ogóle debilu czytaj co ludzie piszą, bo "wiedzom co mówiom" i to wszyscy. Rozumiesz?
Taka retoryka polsko - polska, bo paczam, że Żydzi przecież witali Sowietów z kwiatami (wszyscy wiedzom) i umyka pytanie: a kogo mieli witać?
Esesmanów???

Jakbyś żył w takim Jedwabnem, gdzie Niemcy wpadli na parę dni w 1939, to nie porzygałbyś się ze szczęścia, że jednak po paru dniach przyszli czerwoni? Czy raczej dumnie uniósłbyś swą żydowską głowę, i prosił o powrót tych pierwszych, by godnie szykować się do Bełżca. razem z całą rodziną.
I robił wszystko, żeby czarni nie wrócili, bo to dla Ciebie i Twojej rodziny oznacza tylko jedno. Śmierć.
Tak jak we wszystkich Jedwabnych Rzeczypospolitej.

Ale zaskoczę Was, że w Krakowie na przykład Niemców też witali.
Z kwiatami.
Szkoły.
Czujecie bezsens tej licytacji?

Patrzę sobie wstecz na Jankę Fischler, którą Polacy uratowali, na Edwarda Mosberga, który nie wziął udziału w samosądzie w Mauthausen, na ojca Stelli, który całował polską ziemię wracając od Schindlera z całą rodziną i na Tosię Silberring, która marsz śmierci z Auschwitz przeżyła z piątką innych, a potem po tym całym piekle - dwie z tej piątki Sowieci w jakiejś niemieckiej wiosce zgwałcili i zabili. A kiedy wróciła i nie pozwolono jej wejść do własnego domu, gdzie przez okno widziała własny żyrandol, a nie miała co jeść i żebrała pod Kościołem Mariackim, wróciła na Długą do Centrum Pomocy Żydom i poprosiła o miejsce w jakimś obozie, bo nie miała się gdzie podziać.
Ale obozów już nie było.
Więc myślicie, że naprawdę tak tu fajnie było i dlatego witali radośnie?
A potem po wojnie gdy nieliczni wrócili, to nadal było super?
Świat nie jest czarno - biały.

Było mnóstwo wspaniałych, pięknych Polaków.
Tak jak i mnóstwo złych, ohydnych, wstrętnych.
Oni byli Chrześcijanami, Żydami, Niemcami, Austriakami, Ukraińcami, Rosjanami, Litwinami, Rusinami, Łemkami, Cyganami, Tatarami, Kaszubami, Ślązakami i tak dalej aż do bólu.
Zła nie określa wiara ani narodowość.
Tak samo jak dobra.

Wierzę, że człowieczeństwo jest bezpaństwowcem, bez narodu i wyznania.

I niech tak pozostanie.


czwartek, 1 lutego 2018

mury

Budujemy mury. Dzielimy się nienawiścią. W imię zasad, poglądów, religii - w imię własnych racji. Budujemy konflikty. Zapominamy przy tym, że konflikty nigdy niczego nie zbudowały. Zawsze były tylko przyczynkiem do zniszczenia. Na każdym tych konfliktów poziomie. Wszędzie. Na dole i na górze, w przestrzeni międzynarodowej i w bliskim ulicznym sąsiedztwie. Także wśród nas samych. Koniec końców zawsze prowadzi do izolacji. 

Polska "racja stanu" nie wytrzyma naszego skonfliktowania z w zasadzie już z wszystkimi na tym pięknym, choć niesprawiedliwym świecie. Zostajemy sami wobec głupot i krzywd, które tak naprawdę sami sobie wyrządzamy. Budujemy mury nienawiści i niezrozumienia takie jak te w Jerozolimie czy Belfaście. A przecież dużo łatwiej jest usiąść do stołu i pogadać, choć przecież nie pozwala nam na to ani nasze ego, ani przekonanie o własnej racji. 
Choć kiedyś się udało.

Kiedyś obaliliśmy taki mur. Jeden z najważniejszych.
Nie zmarnujmy tego.