poniedziałek, 12 lutego 2018

dziwne czasy



W dziwnych czasach żyję. W czasach, w których zdarzenia, które normalnie rozkładają się na setki lat, skumulowały się i eksplodowały prawie na moich oczach.

Urodziłem się dwadzieścia pięć lat po wojnie, a jestem przecież młody. Kiedyś mi się wydawało, że wojna to wieki jakieś zaprzeszłe, a teraz sobie myślę, że to było wtedy dla wszystkich moich najbliższych ówczesnych – tuż po. Krócej niż teraz po Peerelu.

Jaka to świadomość niesamowita się musi budować na rozumieniu faktu, że to tuż po piekle i jak się wtedy musieli wszyscy bać, że ono wróci. Lat trzeba było, żebym to zrozumiał, choć w psychozie retoryki „Ostatniego brzegu” – budziłem się zlany zimnym potem, we śnie widząc rosnące wokół grzyby jądrowych wybuchów. Ale potem papież Polak wniósł jakieś uspokojenie i byłem pewnie na jednym z największych zgromadzeń w historii, czyli na mszy na Błoniach krakowskich. No nie, że „nie-Włoch” to trudno było uwierzyć, ale Polak? A za chwilę „nasze” wojsko na naszych ulicach i trzy Noble dla Polaków. Literackie już były, ale pokojowy? I upadek imperium – tego się nikt nie spodziewał. Ja za życia świadomego nawet o tym nie myślałem głośno. Myślałem, że zawsze będę stał za mięsem i czytał bibułę, a tu Camele w kiosku i wydawany Miłosz i Orwell, paszport, który nareszcie mam, ale zaraz się okazuje, że nie jest mi zbyt potrzebny i dziś wstyd się przyznać, nie za bardzo wiem, gdzie leży – ale jak się gdzieś dalej wybieram, to znajduję i patrząc na te wszystkie pieczątki w środku – nie wierzę. I nie czekam na telefon sto lat, tylko podnoszę komórkę w samochodzie i dzwonię, gdzie chcę (pamiętam ten pierwszy raz). A tego tekstu nie stukam na moim starym Underwoodzie, co dziś nóżki jednej nie ma i się giba, i nie rozsyłam listem, jak do Koryntian, tylko „copy-paste” wrzucam na stronę, co by każdy, jeśli chce, mógł przeczytać.
I jeszcze po drodze papież abdykuje po raz pierwszy od czasów Jagiełły, i demokrację chcą obalić na naszych oczach, co się przecież wydawało niewyobrażalne, więc się człowiek czuje jak na fali jakiejś oceanicznej gibając się w przód i w tył, zatem 
patrząc z trwogą - co będzie - robi te wszystkie rzeczy, których by pewnie robić nie musiał, ale mu wstyd, że nie postarał się wcześniej i myślał, że na demokrację zasłużył forever, a poza tym się boi, bo tu mu dyktatura w ogródku rośnie. 
Taka jak dawno, dawno temu. Tuż po wojnie i 25 lat po też. W której spędził dzieciństwo i młodość już jej nie chce. Taki rollercoaster.

Dziwne to czasy.

Naprzeciwko domu ciotek w Sanoku mieszkał Dziuban. Błotniste podwórko obok walących się, oblepionych wapnem czworaków, rozjeżdżane było raz po raz furmanką – na gumach, bo drabiniastym pewnie ciotka nigdy by nie pojechała. Jesienią wsiadaliśmy z Gigą i Mysią na wóz Dziubana i jechaliśmy na Dąbrówkę po węgiel. Dumny dzieciak mógł czasem nawet chwycić lejce, a potem mozolnie wiadrami wnosiliśmy te dwie tony do drewutni. A teraz tam gdzie Dziuban osiedle stoi, dom ciotek, piękny z ciemnego drewna, dawno sprzedany i sidingiem obity. Ich też już nie ma. Tylko pamięć pozostała.

I tak sobie myślę, że przy tych wszystkich fantastycznych rzeczach, które mamy, które osiągnęliśmy, przy tych wszystkich niezwykłych zjawiskach i zdarzeniach, których świadkami byliśmy i jesteśmy, przy tych wszystkich intrakach, nowotelach, szeratonach i hajatach, przy tym wszystkim dookoła nas i wokół nas – najważniejsza jest pamięć, że życie obok furmanki Dziubana wcale nie było gorsze.

Było tylko po prostu inne.

Ale nie chcemy do niego wracać nawet z tęsknoty za bezpowrotnie utraconą młodością.
Bo zasmakowaliśmy wolności i nigdy nie pozwolimy jej sobie odebrać.


czwartek, 8 lutego 2018

pokłosie



Życie toczy się czasem okrutnie, czasem pięknie, ale prawie zawsze zupełnie niespodziewanie.
Świat po wczorajszym wpisie troszkę się dla mnie rozchybotał zupełnie niespodziewanym odzewem tak wielu ludzi i bardzo dziękuję.

Tym bardziej, że ta "niespodziewaność" dziś osiągnęła swoją telefoniczną kwintesencję:

- Jak się Pan ma? - zwyczajowo zabrzmiało prosto z New Jersey, głosem słyszanym od lat regularnie co kilka miesięcy.
- Dziękuję dobrze - a co u Pana, Panie Edwardzie?
Edward Mosberg wciągnął powietrze tak głośno, że usłyszałem przez cały ten ocean czasu i odległości,
- Czytałem. Trzeba mówić prawdę.

Z panem Edwardem to jest tak, że niewiele jest żyjących osób, które tak wiele wiedzą o okrucieństwie i piekle, o przypadku, szczęściu, nieszczęściu i wreszcie o niejednoznaczności. Jedyna jednoznaczność, którą od lat powtarza - mówi, że "nie wolno nam zapomnieć i nie wolno nam wybaczyć - wybaczyć mogą tylko Ci, którzy zostali zabici".
Polak, krakowianin wyznania mojżeszowego jak sam o sobie mówi i jak to powiedział ktoś inny "z trzema fakultetami" - skończył getto, obozy w Płaszowie i Mauthausen, a tam w kamieniołomie nie wiedzieć ile razy policzył 186 stopni schodów na "spadochroniarską górę".
Pamiętam jak ze łzami w oczach opowiadał historię swoich sióstr, które zawsze ustawiał w szeregu do transportu - z Płaszowa na śmierć - w ostatnich rzędach i zawsze ratowało im to życie, bo brakowało dla nich miejsca w wagonach. Aż w końcu esesmani odwrócili kolejność i Jego siostry wylądowały w wagonach jako pierwsze. Poszły na śmierć.
Nie wiedział wtedy, że tym samym uratowała się jego przyszła żona, która z pierwszego szeregu wylądowała w ostatnim. Która nie dostała się do getta i ukrywała się na Straszewskiego 8 - 500 metrów od Wawelu Hansa Franka - w kamienicy u pani Kwiatkowskiej, gdzie stacjonowali oficerowie gestapo. Z którą jest w szczęściu do dzisiaj.

- Trzeba mówić prawdę - pan Edward opowiada barwnie z takim pięknym dawnym akcentem nie słyszanym dzisiaj w Polsce - byli źli Żydzi i ja ich znałem, byli źli Polacy i ja ich też znałem, ale byli także dobrzy i Żydzi i Polacy i wszyscy. Nic nie jest jednoznaczne, choć oczywistym jest, że to były niemieckie obozy śmierci na terenie Polski. Polski wtedy nie było i nikt się Jej nie pytał czy można je stworzyć, a jeśli budować machinę śmierci, to gdzie - jeśli nie tam, gdzie jest największe skupisko Żydów.
Ta ustawa czyni szkody, bo może spowodować, że my - Ci którzy ocaleli - więcej do Polski nie przyjedziemy.
Trzeba dać świadectwo prawdzie.

Rozmawialiśmy ponad godzinę i w końcu umówiliśmy się na 13 marca, na rocznicę likwidacji getta w Krakowie.
Ustaliliśmy też, że damy świadectwo prawdzie.
Już wkrótce opowiem jak.

Dziękuję Panie Edwardzie.
Jak zawsze zadzwonił Pan w najlepszym momencie.

środa, 7 lutego 2018

wojna polsko - polska

No i się udało rów pogłębić Mariański polsko - polski i dorzucić mu "wartości" Polska vs. "the whole world" a potem rozsiać, niczym stonkę dyskusję, kto Żydom bardziej pomagał, kto bardziej Żydów mordował oraz zacząć skrupulatnie liczyć - co niepoliczalne i ważyć - co nie do zważenia.

I tak czytam te argumenty "niezwykle oryginalne" poparte jakimś słowem nieprawdziwym, które ma uwiarygodnić,
albo kwantyfikatorem ogólnym, żeby czytelnik wiedział na pewno, że wszyscy tacy byli, albo wszyscy wiedzą, albo wszyscy się z tym zgadzają.
A w ogóle debilu czytaj co ludzie piszą, bo "wiedzom co mówiom" i to wszyscy. Rozumiesz?
Taka retoryka polsko - polska, bo paczam, że Żydzi przecież witali Sowietów z kwiatami (wszyscy wiedzom) i umyka pytanie: a kogo mieli witać?
Esesmanów???

Jakbyś żył w takim Jedwabnem, gdzie Niemcy wpadli na parę dni w 1939, to nie porzygałbyś się ze szczęścia, że jednak po paru dniach przyszli czerwoni? Czy raczej dumnie uniósłbyś swą żydowską głowę, i prosił o powrót tych pierwszych, by godnie szykować się do Bełżca. razem z całą rodziną.
I robił wszystko, żeby czarni nie wrócili, bo to dla Ciebie i Twojej rodziny oznacza tylko jedno. Śmierć.
Tak jak we wszystkich Jedwabnych Rzeczypospolitej.

Ale zaskoczę Was, że w Krakowie na przykład Niemców też witali.
Z kwiatami.
Szkoły.
Czujecie bezsens tej licytacji?

Patrzę sobie wstecz na Jankę Fischler, którą Polacy uratowali, na Edwarda Mosberga, który nie wziął udziału w samosądzie w Mauthausen, na ojca Stelli, który całował polską ziemię wracając od Schindlera z całą rodziną i na Tosię Silberring, która marsz śmierci z Auschwitz przeżyła z piątką innych, a potem po tym całym piekle - dwie z tej piątki Sowieci w jakiejś niemieckiej wiosce zgwałcili i zabili. A kiedy wróciła i nie pozwolono jej wejść do własnego domu, gdzie przez okno widziała własny żyrandol, a nie miała co jeść i żebrała pod Kościołem Mariackim, wróciła na Długą do Centrum Pomocy Żydom i poprosiła o miejsce w jakimś obozie, bo nie miała się gdzie podziać.
Ale obozów już nie było.
Więc myślicie, że naprawdę tak tu fajnie było i dlatego witali radośnie?
A potem po wojnie gdy nieliczni wrócili, to nadal było super?
Świat nie jest czarno - biały.

Było mnóstwo wspaniałych, pięknych Polaków.
Tak jak i mnóstwo złych, ohydnych, wstrętnych.
Oni byli Chrześcijanami, Żydami, Niemcami, Austriakami, Ukraińcami, Rosjanami, Litwinami, Rusinami, Łemkami, Cyganami, Tatarami, Kaszubami, Ślązakami i tak dalej aż do bólu.
Zła nie określa wiara ani narodowość.
Tak samo jak dobra.

Wierzę, że człowieczeństwo jest bezpaństwowcem, bez narodu i wyznania.

I niech tak pozostanie.


czwartek, 1 lutego 2018

mury

Budujemy mury. Dzielimy się nienawiścią. W imię zasad, poglądów, religii - w imię własnych racji. Budujemy konflikty. Zapominamy przy tym, że konflikty nigdy niczego nie zbudowały. Zawsze były tylko przyczynkiem do zniszczenia. Na każdym tych konfliktów poziomie. Wszędzie. Na dole i na górze, w przestrzeni międzynarodowej i w bliskim ulicznym sąsiedztwie. Także wśród nas samych. Koniec końców zawsze prowadzi do izolacji. 

Polska "racja stanu" nie wytrzyma naszego skonfliktowania z w zasadzie już z wszystkimi na tym pięknym, choć niesprawiedliwym świecie. Zostajemy sami wobec głupot i krzywd, które tak naprawdę sami sobie wyrządzamy. Budujemy mury nienawiści i niezrozumienia takie jak te w Jerozolimie czy Belfaście. A przecież dużo łatwiej jest usiąść do stołu i pogadać, choć przecież nie pozwala nam na to ani nasze ego, ani przekonanie o własnej racji. 
Choć kiedyś się udało.

Kiedyś obaliliśmy taki mur. Jeden z najważniejszych.
Nie zmarnujmy tego.  



niedziela, 28 stycznia 2018

rany



W środę 17 stycznia 1945 roku w mroźną, śnieżną zimę 67 tysięcy ludzi stanęło na ostatnim generalnym apelu w Auschwitz. Tuż po nim wypędzeni - ruszyli marszami śmierci znacząc trasę krwią i ciałami zmarłych. Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu to taki plaster na zbolałe dusze po śmierci sześciu milionów ludzi. Bardzo osobisty plaster, bo przecież ich twarze stoją przed oczami na co dzień. 



Błogosławionej pamięci Tosia Silberring przeżyła tamto zimowe piekło razem z czwórką innych dziewczyn z tysiąca maszerujących, Stelli się udało i wcale w nim nie szła - obie ratowane przez Schindlera. Tosię wściekły przypadek porzucił na oświęcimskiej rampie. A Stellę taki sam przypadek wyrwał wprost z objęć Cyklonu B w komorze gazowej Birkenau i wysłał do Oskara. Obie przeżyły.

Kiedy pierwszy raz w życiu, bardzo niechcący, stanąłem na rampie w Birkenau - niemal namacalnie dotykałem dziecięcych śladów moich żydowskich przyjaciół - Tosi, Stelli i wielu innych. Nawet nie próbowałem myśleć jak to było i jeśli kiedykolwiek w życiu się modliłem, to tam modliłem się naprawdę czując szumiący w uszach skowyt bezbronnych milionów. I tych dwóch małych dziewczynek.
Tosia umarła w 2010, Stella pięć lat temu.

To Stella właśnie zaciągnęła mnie do tego piekła, bom ratując nieskalaną obrazem piekła duszę - uciekał przed nim od zawsze. Aż usiadłem przed Stellą i słuchając jej opowieści rany sobie zacząłem wydrapywać, które tylko drobniutkim i kompletnie nieważnym śladem ich wielkich ran. Największych. Nieodwracalnych. Nie do wybaczenia. 

Stella mówiła, że nie wierzy w Boga. Poróżnili się chyba w getcie, albo w Auschwitz, a może dopiero w Brünnlitz. Stella mówiła, „mi się to nie śni, ja to stale mam” i odpalała papierosa od papierosa. Stella mówiła o swoim życiu, tak jakby oglądała je przez szybę. To ją pewnie uratowało, z tym, że ona tę szybę polizała i kiedy trzeba było rozbiła. Ona ją polerowała tak, jakby wchłonęła w siebie wszystko to, co widziała i czego doświadczyła, a potem objęła wspomnienia każdą komórką swego schorowanego ciała. Żeby nie wypuścić, żeby przykryć i zdusić, żeby ochronić. I żeby nie zapomnieć. Żeby nikt nie zapomniał. Stella była piękna.


Nigdy nie zapomnę jej płynących srebrzyście krakowskich opowieści o dziadku, co obiady dla biedoty przyrządzał, o Bonerowskiej ulicy, co się mówiło, że Millerowska, o lalce w beciku, w koronkach, tak jak małe niemowlę, o Mameńce, co po kasynach szalała, o Tateńku, co w tych kasynach śniadaniem i wykupem Mameńkę podejmował. Nie zapomnę o jedwabnym szlafroku Mameńki, w którym przyjęła esesmanów w 1939, upierając się mimo ich sprzeciwów, że przecież to jest żydowski dom. 
Nigdy nie zapomnę o dzieciach wyrzucanych przez okno z Kinderheimu, o kolejnych ucieczkach od śmierci, o Płaszowie, Auschwitz, Brünnlitz, o spojrzeniu beznamiętnym znad miski z zupą na egzekucję Willego „Mördera”. Nigdy nie zapomnę o powrocie do kraju, o całowaniu ziemi przez Tateńka i o tym wszystkim, co się potem stało. Nigdy nie zapomnę palącej papierosy, częstującej jedzeniem, uśmiechniętej Stelli, która z takim, tylko sobie właściwym ciepłym uśmiechem mówi: „Kochanie…”. Mimo bólu i cierpienia, z którym zżyła się przez lata.

I myślę sobie tylko, żebyś teraz już wybaczyła panu Bogu, bo On przecież i tak się strasznie za to wszystko wstydzi.




wtorek, 9 stycznia 2018

Boruc za Borubara



Minęło właśnie pięć lat od śmierci Teresy Torańskiej i prawie 25 od tego jej wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim.
Chcę być emerytowanym zbawcą narodu...

Miesiąc temu przy okazji nominacji Mateusza Morawieckiego pisałem, że oto moim zdaniem spełnia się to największe marzenie prezesa. Dziś nie pojawił się na zaprzysiężeniu jego "nowego" rządu. Właśnie podczas tej - historycznej chyba zmiany.

Co się właściwie dzisiaj stało? W gruncie rzeczy "rekonstrukcja" rządu to dość normalne działanie dla poprawy i odświeżenia wizerunku. Taki Radziwiłł na przykład - nie dość, że arystokrata, to ma kryzys, z którym sobie nie radzi, więc się go odświeża rudym kardiologiem na rowerze, bo fajny i nowoczesny... . I tu jest właśnie clou tego pomysłu.

Bo przecież czym innym odświeżenie wizerunku, a czym innym jego całkowita zmiana, której nie zakłócił nawet swoją obecnością staromodny prezes bez konta w banku i prawa jazdy.

Dzisiaj bowiem "staruchy z grylla na San Escobar" poszły grupowo, zgodnie i na razie bez protestu w polityczną odstawkę - Szyszko, Waszczykowski, nawet bardzo niebezpieczny Macierewicz poszli precz i chyba bez walki już nie wrócą. Choć oczywiście największe szanse ma na to "Antoni - bo nie złoży broni", a i rzesze smoleńskich fanów za sobą ciągnie. Ale nie o tym ta opowieść, kto gdzie skończy ze straceńców, tylko o smutnej rzeczywistości najlepszej zmiany.

Co się zatem zmieniło? Wszyscy odrzuceni mają jedną wspólną cechę - to absolutnie ludzie z poprzedniej epoki godni moherowych wyznawców i dolary przeciw orzechom stawiam, że odsunięta w kąt Beata Szydło wkrótce podzieli ich los, lub trwać będzie w politycznym niebycie bez przydziału.
"Gryll w hatakumbie San Escobar" ustąpił miejsca wizerunkowo sprawnym, "racjonalnym profesjonalistom" i nie zaboli wymiana "gwiazd" na bezwolne "no name'y". Bo przecież nic się nie zmieni. Zawłaszczanie będzie jeszcze bardziej precyzyjne, a co było do zdobycia - zdobyte zostało i tylko pilnować trzeba, żeby nie zepsuć i mądrze ten moher odmłodzić. Żeby Błaszczak okazał się jeszcze lepszym smoleńskim Macierewiczem, ale w dobrze skrojonym garniturze i bez szaleństwa w oczach.
Takie poszerzanie zasięgu i krok do PiS-owskiej nieśmiertelności. Nowocześni ale konserwatywni, dla moherów i na "grylla", ale i dla wspaniałych dzieci Europy Ojczyzn w "korpoboksach" za parę Euro.
Narodowy europejski kraj za 500+ z nietolerancją, wściekłym nacjonalizmem, wrogością wobec obcych i wszechobecnym hejtem na inność, bez prawa do jakiegokolwiek sprzeciwu. Za to w świetnie skrojonym garniturze z niezłym oxfodzkim akcentem.
I jak się ktoś nie zgodzi - to jest przecież Ziobro i jego sądy.

A gdzieś tam na żoliborskiej kanapie siedzi chwilowo roześmiany Jarosław Kaczyński i tylko czasem dzwoni i daje niedyskutowalne wytyczne. Dzisiaj jeszcze skutecznie, ale już zaraz się mu te "europejczyki" farbowane wyrwą w nieznaną nikomu stronę wiecznych rządów. I ktoś w końcu tego telefonu nie odbierze, bo nie będzie musiał. Bo idą młodzi, bo mają konto w banku, prawo jazdy i się znają.
Na przykład na 'internetach".

Tak jak odwołana pani minister Anna Streżyńska.
Obawiam się, że to było kluczowe odwołanie w tym tygodniu. Kompletnie przykryte wszystkimi innymi.
A na jej miejsce przyjdzie ideolog, bo sieć - to chyba ostatnie wolne miejsce w tej smutnej rzeczywistości.
Nawet Jarosław Kaczyński to rozumie.

I nas zbawi.
Jeśli mu pozwolą.




niedziela, 31 grudnia 2017

Vexilla regis prodeunt inferni

Miałem kiedyś pod domem kosz. Taki kosz do koszykówki. Duży z drewnianą tablicą, ustawiony na odpowiedniej wysokości, który po pierwszej krótkiej fascynacji i kilkudziesięciu rzutach w wymarzonym i nieosiągalnym "stylu Michaela Jordana" poszedł w zapomnienie. Przez pewnie dziesięć lat stał sobie nieużywany - no może raz albo dwa - aż deszcz, śnieg, wiatr i czas obaliły go bezlitośnie i nikomu nie chciało się go stawiać, bo wydawało się, że nie jest potrzebny. Wydawało, bo wszystkim zachciało się rzucać dopiero wtedy, gdy zniknął. "Szkoda, że nie ma kosza, można by porzucać" mówiliśmy, bo straciliśmy możliwość.

Możliwość korzystania z czegoś jest bardzo ważna. Dopiero, kiedy się jej człowieka pozbawi - brak zaczyna być odczuwalny. I wciąż boli jak stracona stopa albo dłoń.
Mamy Konstytucję, Trybunał Konstytucyjny, niezależny Sąd - Najwyższy, ale też ten rejonowy za rogiem, wolny handel ziemią i wszystkim innym kiedy się chce, niezależne wolne media, nasze bycie w Unii Europejskiej, nasze bezpieczeństwo w miejscu, gdzie wschód się krzyżuje z zachodem... przecież niby to mamy.
Ale tylko tak myślimy - dopóki nas samych nie dotknie fakt, że nie mamy. I straciliśmy bezpowrotnie.   
To nie był dobry rok. Władcza arogancja i pogarda dla obywateli sięgnęła niewyobrażalnego poziomu, którego nie doznaliśmy od trzydziestu lat. Miotamy się w bezsilności zapominając o tym, że przecież dziewiąty krąg piekła Dantego zarezerwowany jest dla zdrajców i tam jest ich miejsce.

"Tam łza zamarza w chwili, gdy wybłyska,
 Boleść jak robak po ich wnętrzach toczy,
 Bo jej nie mogą wypłakać przez oczy."

Zatem trwajmy wierząc, że następny rok będzie piękny, mądry i dużo lepszy. Bo prawda, dobro, sprawiedliwość zawsze przecież na końcu zwyciężają. Bardzo tego trwania wszyscy potrzebujemy.
Tak jak prawdy, dobra i sprawiedliwości.
Tak jak kosza pod domem. 
  

A tę piosenkę dedykuję wszystkim, bo przecież wcale nie musi dotyczyć pięknej dziewczyny. Może też sporego kawałka porośniętej ludźmi ziemi, w mokrym i okrutnie zimnym dzisiaj zakątku Europy... .


Dobrego Nowego Roku...


sobota, 23 grudnia 2017

...drinking white wine in the sun...


Jak co roku wracam do Tima Minchina. Mówi o Świętach kilkoma zdaniami swojej pięknej opowieści więcej, niż ktokolwiek inny.


Namieszały nam zresztą wszystkim w głowach te narodziny żydowskiego dziecka dwa tysiące lat temu i nie za bardzo wiadomo co z tym począć. Mądre to i piękne, a miłość rozlewa się w naszych sercach, póki nie spojrzy się na historię krwi i nieprawości.
Tak się czasem zastanawiam, czy każda piękna idea musi się zderzyć z ludzką małością i wpisanymi gdzieś w krwiobieg złymi intencjami - dla władzy, pieniędzy, potęgi?
Pewnie tak, bo tak mamy i nic na to nie poradzi to żydowskie dziecko, kimkolwiek by nie było. Nie pomoże wolna wola, przyzwoitość, kultura czy korzenie wychowania - to nasza słabość, a słabsi zawsze ulegną mocniejszym - podkutym butom na wydeptanym bruku, sile arogancji i kłamstwa.
A my jesteśmy przecież inni.
Chcemy pić białe wino w słońcu, z radością i podziwem patrząc na świat, który emanuje wokół różnorodnymi barwami. I czy on szczęściem czy smutkiem, próbujemy się w nim zanurzyć na dobre i na złe - wolni, niepodlegli i niezawiśli - bo to przecież nasza sprawa.
"We'll be waiting for you in the sun
Drinking white wine in the sun"

A tymczasem Święta. Choinki płoną ognikami nadziei, tradycja obficie przelewa się przez wigilijne stoły, wierzymy że pojawi się w końcu biały puch, który radośnie przykryje codzienne brudy. Ogrzejemy się w cieple kominka i zapomnimy na chwilę o naszej zwyczajności.
Lepsi będziemy.
Naprawdę i zupełnie poważnie będziemy.
Bo jeśli teraz myślicie, że to nic nie da, to ja odpowiadam, że do tej pory, mimo wszystko zawsze Ci "słabsi" na koniec wygrywali. I nigdy nie było inaczej.

Chcemy pić białe wino w słońcu, z radością i podziwem patrząc na świat, który emanuje wokół różnorodnymi barwami? Zróbmy to.
Życzę Wam tego z całego mojego opętanego Świętami serca, dedykując jeszcze jednego mądrego Tima Minchina.


"This is my brain
And it’s fine
It’s where I spend the vast majority of my time
It’s not perfect But it’s mine
It’s not perfect
I’m not quite sure I’ve worked out how to work it
It’s not perfect But it’s mine."

Bądźcie wolni, mądrzy, a przede wszystkim szczęśliwi.

Wesołych Świąt.


sobota, 16 grudnia 2017

"jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań"


To już ponad dwa lata, tylko tyle i aż tyle, żeby się przekonać, że ludzie są wszędzie tacy sami. To nie poglądy wyznaczają zasady - to tylko możliwości oraz przyzwolenie na ich łamanie. Potworna to wiedza, bowiem żyjemy przecież wszyscy w przekonaniu, że jesteśmy lepsi. Po obu - jakichkolwiek stronach.
A to kompletna bzdura.

Mądrość, zasady, etyka nie są zależne od poglądów - są zależne tylko od warunków i własnego kręgosłupa. Nieważne po której stronie - tak rzadko się ten kręgosłup objawia.
Stworzenie możliwości publicznego wyrażania pogardy, wyprodukowanie wroga oraz społeczna aprobata dla nienawiści do niego zaprowadziła ludzkość wprost na rampę Birkenau.

Dzisiaj wystarczy naparstek władzy, siła krzyku czy kłamstwa, jakaś drobna synekura bądź jakakolwiek korzyść w perspektywie, albo po prostu klucze do Mordoru - choćby tego na Domaniewskiej i nadchodzi czas zabijania, czas nienawiści, czas łamania prawa, manipulacji, matactw i oszustw.
Nie dosłowny, bo taki potrzebny nikomu nie jest - i nikt nie myśli o Birkenau.
Robi się "swoje" byleby tylko ten naparsteczek powiększyć i więcej zdobyć i ugrać. Nawet, jeśli to nic nie warte.
A na dodatek tu i tam, wszystkim wokół kończy się skala na rzygometrze, a po obu stronach każdej barykady trwa nienawistna gierka na sztuczki.

Taki świat, taka Polska, taki "system zachowań".
Tak trwają te zwaśnione plemiona na każdym możliwym poziomie, z wyrysowanym na piasku pierdyliardem barykad, które dla korzyści i na pohybel wszystkim "obcym" skłamią, ukradną, "zabiją", tylko po to, żeby ich "mojszość" była "najmojsza".
Tak się rodzi nienawiść.
I nikt nie ma pojęcia, co z tym wszystkim zrobić.


"Człowiek jest dobry, mądry, spokojny,
ufny w swój rozum i myśl niepodległą,
głodu, powietrza, ognia i wojny
nie chce i stawia cegłę za cegłą.

Jakże są piękne stare mozaiki
na tym grobowcu władcy i pana!
Z więzień i tęsknot, z prawdy i z bajki
oto wstąpiłem w grób Tamerlana...

Pedzą prze Persję konie kirgiskie,
wali się w gruzy pałac i meczet.
Jakież dalekie, ach! jakież bliskie -
ogniem i mieczem... ogniem i mieczem...

Jakiż jest zasięg strzały mongolskiej?
Bagdad strzaskają, w Moskwę uderzą,
przez Ukrainę dojdą do Polski -
ogniem i mieczem, łuną i rzezią.

Potem marmurem czarnym grobowca
pyszni się władca, pyszni się sprawca.
Kroczy historia, coraz surowsza.
Życie się sprawdza. Śmierć się nie sprawdza.

Groby murszeją. Giną religie.
Armie topnieją. Mrą ich wodzowie.
Krew do podglebia wsiąka i stygnie -
drzewo porasta nowym listowiem!

Człowiek jest dobry, mądry, spokojny,
pola chce orać piękne i żyzne,
głodu, powietrza, ognia i wojny
nie chce i w siebie wierzy: w Ojczyznę."


Władysław Broniewski "Grób Tamerlana"


szacunek

To było piękne spotkanie, nie tylko dlatego, że odbyło się w przepięknym Sanoku, o którym tak długo jeszcze potem rozmawialiśmy. Ono było piękne, bo było prawdziwe i szczere — czasem do bólu. Bo prawda jest najważniejsza, to właśnie prawda daje takim chwilom ogromną moc. Prawda, która jest największym orężem bohatera tego wydarzenia — księdza Wojciecha Lemańskiego i której duch krążył wokół słuchaczy — czy oni wierzą, czy też nie wierzą.
Dużo było o kościele, jeszcze więcej o nas samych. O obywatelskości, o potrzebie mówienia wprost, o konieczności reakcji. Bo jeśli myślisz o tym jak bardzo jesteśmy podzieleni, to powiedz — co zrobiłeś aby ten podział zlikwidować, aby nas zbliżyć. Bo jeśli widzisz zło, niesprawiedliwość, hańbę — co zrobiłeś, żeby jej zapobiec. Bo jeśli chcesz, żeby było lepiej — rób to własne “lepiej”, poprawiaj to, co najbliżej Ciebie. Na ile możesz.
Państwo,kraj, polityka, kościół są zwierciadłem nas samych. W smutnym kraju żyją smutni ludzie? Nie! Smutni ludzie tworzą smutny kraj i to każdy z nas na każdym kroku może zmienić. Musimy to zrozumieć i w to uwierzyć. To my dajemy przyzwolenie, to my budujemy wokół siebie, w swoim najbliższym otoczeniu wizerunek świata w którym żyjemy. Protestujmy zatem przeciwko złu i bezprawiu, mówmy otwarcie, nie lękajmy się — zmieniajmy, bo to nasze prawo.
40% Polaków chodzi w niedzielę do kościoła, Niemców tylko 10%, ale to Niemcy przyjęli milion uchodźców. Jakim zatem jesteś chrześcijaninem, jeśli nie walczysz o to, żeby dać jeść — głodnym, pić — spragnionym, przyjąć przybyszów czy odziać nagich… ? Dlaczego milczysz? Obudź się. “Obudźcie się.”
Ksiądz Lemański mówił dużo o Piotrze Szczęsnym, z którym spędził jego ostatnie chwile — o mądrości jego przesłania, o jego dramatycznej decyzji w reakcji na zło i w tym kontekście o szacunku. Nie wolno iść tą drogą, nie wolno jej jednak oceniać. Nie wolno nie uszanować.
I tak naprawdę ta wielka, piękna opowieść księdza Wojciecha była głośnym wołaniem o szacunek — wzajemny szacunek — szacunek dla historii, dla życia, szacunek do ludzi. Bez szacunku, bez podania ręki, bez mądrości i przyzwoitości — nie mamy szans na własny świat, pod którym wszyscy moglibyśmy się podpisać.