poniedziałek, 16 października 2017

miasteczko

I było tam coś jeszcze, coś niewidzialnego, jakiś władczy duch zagłady tkwiący wewnątrz.
Joseph Conrad, „Lord Jim”


Zalany południowym słońcem rynek małego miasteczka. Upał aż drapie w gardle. Końca dobiegają ciągnące się od wczoraj wzdłuż i wszerz, długie nocne Polaków rozmowy. Płyną leniwie słowa barwne kolorowych opowieści i snuje się wzrok po zakurzonych kamieniach średniowiecznego bruku. Tu bury kundel włóczy się powoli w poszukiwaniu jakiejś drzazgi cienia, tam upocony fryzjer siedzi na odrapanych schodkach swego przedwiecznego przybytku, a tuż obok usmarowane lodami dziecięce uśmiechy szukają miejsca, by przycupnąć na chwilę przy pasie zielonej sztucznej trawy, która wyznacza nieprzekraczalną granicę między tym co wolno, a co niedopuszczalne: „Proszę nie siadać z lodami z okienka na naszym ogródku”. Co raz zajeżdża zagazowana beemwica i pozbawiony tłumika ryczący motor ósemki kręcąc - w imię potomków Hołdu Pruskiego i Bitwy pod Grunwaldem, dając niby umówiony znak - sygnał, że miasteczko żyje.

A żyło niegdyś przywileje przyjmując dostatnio i pięknie. Dwory królewskie gościło z królami i królowymi na czele wielokrotnie - od Kazimierza Wielkiego i królowej Jadwigi, poprzez Władysława Jagiełłę, który tu się zaręczył, po Jana Kazimierza za czasów którego smuta i upadek się napoczną, ale o tym za chwilę. Winem miasteczko handlowało węgierskim tonami, sądy najprzedniejsze i szkołę katów posiadając, a było co robić, bo tylko w 1614 roku 120 głów pod mieczem katowskim spadło. Postrzygalnia, blech, kramy solne, wodociągi wszystko królowie dawali aż się miasteczko stało jednym z największych w Polsce w księgach i traktatach wspominanym i szanowanym.

Krąży teraz człowiek po pustych uliczkach i kościelnych placach patrząc na niegdysiejszą sławę, która w proch i pył uleciała mury jedynie pozostawiwszy, bo kolejne zarazy powracające uparcie i bezwzględnie, szwedzkie potopy i siedmiogrodzkie najazdy nieokrzesane, a na koniec pożar, który połowę miasta strawił dopełniły nieszczęścia.

Nikt nie spojrzał w przeszłość, nikt się nie pochylił, nikt nie podał ręki. Zarazy kolejne pustoszyły miasto tak, by ospale umarło pieszcząc puste ślady świetności w martwych świętych kamieniach i pustych dziewięćsetlitrowych beczkach po średniowiecznym winie.
Krąży tylko pamięć i bury kundel szukający wciąż swego miejsca na wypalonych słońcem świętych kamieniach wszechobecnego rynku.
I znów - proszę nie siadać z lodami.
I znów - zagazowana beemwica.      
I długie nocne Polaków rozmowy.


Następnie zadaj sobie pytanie: gdzie też to wszystko teraz? - Dym, popiół, baśń, albo nawet już i baśnią nie jest.
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”


poniedziałek, 24 lipca 2017

pamiętajcie o Alamo

W środę w nocy Michał Szczerba przeskakuje płot pod sejmem i wychodzi do ludzi. To tuż po awanturze na komisji i przepychankach z Suskim. Drżą mu ręce. Spotykają go gniewne okrzyki kilkunastu osób, że „nie leży na asfalcie”, że „nie przykuł się do trybuny sejmowej”, że „kłamie:. Wychodzę zza kodowych barierek pod sceną. Podchodzę do ludzi. Myślę o zapomnianym słowie "solidarność". Myślę, że ten facet jest po naszej stronie. Wyrzucam z siebie: „Jak wam nie wstyd!” Burzliwa dyskusja trwa około godziny. Emocje opadają.

Piątek – profesor Andrzej Rzepliński stoi pod Sądem Najwyższym i pięknie mówi o tym, jak ważne jest prawo. To godzinny wykład na niełatwy temat. Kilkutysięczny tłum słucha w skupieniu od czasu do czasu przerywając wystąpienie brawami. To nie jest płomienna mowa, to podawana ze spokojną stanowczością prawda i mądrość, której jak się okazuje bardzo potrzebujemy. Bo co na prawdzie zbudowane – przetrwać musi.

Czwartek – opowiadam ze sceny krótko o nas, o tym że stoimy pod sądami w wielu miastach, że jest nas coraz więcej i około pięćdziesięciu tysięcy ludzi pod sejmem skanduje „Podkarpacie”. „Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem” śpiewa tuż potem Golden Life, a ja krążę wokół sejmu obserwując tysiące zniczy i młodych ludzi, którzy siedzą na asfalcie przed bramami wejściowymi czytając na głos Konstytucję Rzeczypospolitej. Wszyscy mają łzy w oczach.

Na przełomie lutego i marca 1836 roku podczas rewolucji teksańskiej - 200 śmiałków bohatersko broniło się przez dwa tygodnie przed trzytysięczną armią meksykańską w zmienionej w prowizoryczny fort - misji Alamo w San Antonio. Wszyscy polegli, ale ich opór spowodował, że przegrupowane siły powstańców zwyciężyły i powstała niepodległa republika Teksasu. "Pamiętajcie o Alamo" to okrzyk, który powstał natychmiast po bitwie, dla upamiętnienia bohaterstwa obrońców Alamo.

Wspomniałem Alamo patrząc na rozbity pod Sejmem maleńki namiocik wspaniałych podkarpackich śmiałków, którzy trwali na posterunku przez prawie cały tydzień - Henryk, Piotr, Mariusz, Boguś i Magda z córką pilnowali naszego bezpieczeństwa, pracowali w zbiórce, pomagali dosłownie we wszystkim. Kiedy zobaczyłem ich zmęczone twarze, gdy przyjechałem w środę, gęba mi się z dumy roześmiała, bo to ludzie, na których Polska zawsze może liczyć.
Tak jak na tych wszystkich, którzy to organizują, żeby się udało i trwają przez te wszystkie dni - w Warszawie i całej Polsce - i trwać będą nadal.

Bo zwycięska wojna zaczyna się od przegranej bitwy. Jednej, wielu, ale na końcu zawsze wygrywa dobro.
Tak było w Teksasie, tak będzie teraz w Polsce.
Bo nasza siła jest wielka.
A oni zaczynają się kłócić. Wahać. Cofać.
Dzięki Wam.
Bo nie było takiego sądu na Podkarpaciu, pod którym nie płonęłyby wczoraj znicze. I będą płonąć nadal. W całej Polsce. Niech wiedzie nas Solidarność, Prawda, Mądrość i otwarte Serca. Pamiętajcie o Alamo.


PS. Ten tekst opublikowałem pięć minut przed ogłoszeniem veta prezydenta do ustaw o KRS i SN.

niedziela, 9 lipca 2017

Bikont

Wszyscy piszą o Piotrze i wspominają tę magię, która go zawsze otaczała. Tak jak na tym zdjęciu przez Mirkę wrzuconym - zupełnie niezwykłym i pięknym, które istotą Piotrka jakoś tam jest. I chodzę wciąż nie wierząc i ciągle gdzieś się nadziewam na jakieś coś, co Piotrowi bym opowiedział chętnie, a nie mogę.
Wczoraj na przykład wpadam w takiej dużej popularnej hurtowni w której dwóch facetów rozmawia wózkami widłowymi się stykając, że prezes przyjechał i chciał iść coś zjeść, a teraz u nas w sklepie jazda na regionalia, więc mówi - "- Chodźmy na lunch - macie tu gdzieś na mieście coś regionalnego?"
A stropieni kierownicy obiektu ochoczo odpowiadają:
"- Jasne że mamy - chodźmy na kebab."
Piotr by się uśmiał pewnie, choć może bardziej zapłakał.
A ja myśląc o tych wszystkich wspaniałych ludziach, których dzięki Piotrowi poznałem - zwróciliście uwagę, że Piotrek znał tylko wspaniałych - też anegdotą uraczę.

Mieliśmy pokaz "Między kroplami deszczu" w Chederze w Krakowie i Piotrek przyciągnął Bobka i Agnieszkę, a z Ameryki jeden z bohaterów najzacniejszych przywiózł całą swoją siedemnastoosobową rodzinę na koszt własny, a do tego tłumek się zebrał dość spory, więc jest zacnie. Płyta ląduje zatem w odtwarzaczu - takie to były czasy - kręci, kręci, międli i wyskakuje komunikat:error. Jedna płyta, druga płyta, wciąż to samo. Organizatorzy na granicy zieloności szukają drugiego odtwarzacza, ludzie się nerwowo poruszają na krzesłach, biegnę do bohatera i mówi parę słów czas wszystkim kupując. Podchodzę do Piotrka, bo przecież mieszka niedaleko i pytam konspiracyjnym szeptem:
- Masz DVD w domu, bo to jest spieprzone i nie można puścić filmu?
Piotr zadumany odpowiada z rozbrajającą szczerością:
- Oj nie mam, ale to nie szkodzi, bo ja już film dwa razy widziałem.
I nie wiem, gdzie on miał układy pozaziemskie, ale podszedłem wściekły do tego odtwarzacza i ręce mi się trzęsły ale walnąłem z sił całych w obudowę i zaskoczyło, i ruszyło, i zadziałało.....
Więc poszliśmy z Piotrkiem na szybkie piwo, bo ja też film widziałem przecież.

"Tato potrafił zamienić wszystko w przygodę" - powiedziała w czwartek Maniucha i objawił nam się cały Piotr, jakby zstąpił gdzieś tu pośród nas, wśród pochylonych nisko drzew cmentarza Rakowickiego. Tak, miał rację Maciek - jesteśmy szczęśliwymi ludźmi, bo mieliśmy szczęście uczestniczyć w tych Jego przygodach, które bez Niego byłyby zwyczajną codziennością. "Jedyny dorosły, który do perfekcji opanował bycie dzieckiem". Ta radość, która szła za Nim, czy raczej przed Nim - krok za krokiem wiodła Go, a nas gdzieś obok, jak w jakimś szalonym tańcu bez wytchnienia - każąc łapczywie chwytać każdą chwilę. Piotr profesjonalnie przyciągał magię. 
Prosiła Fifi - opisz, jak poznałeś Piotra i się żachnąłem, że w tym nie było magii żadnej przecież, by potem odpominać jak to z Mirkiem Chojeckim i Ewą Szprynger trafiłem do Psa, który podczas Kongresu Kultury Polskiej był taką "festiwalową" knajpą i tam się pojawiła zwalista postać Bikonta, a Mirek był w fazie zapoznawania mnie ze wszystkimi wokół, bo grono zacne, więc pomykając między Agnieszką Holland, a Sierakowskim - początkującym naonczas jako "lewicowy celebryta intelektualny" - nadzialiśmy się w końcu, bo nietrudno, na Piotra i jak usiedliśmy pogadać, to nas dzionek zastał.
Nie po raz ostatni zresztą. Bo potem Piotr zadzwonił z zaproszeniem do Badowa i tam Fifi jak w jakimś śnie, czy bajce po dwudziestu paru latach spotkałem. I tam też dzionki witaliśmy w przepięknym gronie, po raz kolejny zwracam uwagę, że Piotr przyciągał tylko wspaniałych ludzi, a jak siedzieli wieczorami na ławeczce z Sierzputem, to by im monidło można było trzasnąć jak nic, a Mirka by przy tym zaśpiewała po chińsku.
W Krakowie zresztą też nam się jakoś parę razy zdarzyło cyrkulować do rana po Kazimierzu. Pamiętam jak siedzieliśmy w Absyncie i Bobek do Piotra zadzwonił, że wpadnie, bo pociąg do Warszawy utknął w zaspach pod Tunelem, więc wraca po kilkunastu godzinach w szczerym, zmrożonym polu. I wrócił z Agnieszką i całym przedziałem świeżo zapoznanym równie zmrożonym. A potem krążyliśmy, gdzieś na Starowiślnej u przyjaciół kończąc przy kawiorze żydowskim, tańcząc tanga Gardela, aż nas tramwaje wygoniły. I niby nic w tym niezwykłego, ale magia przecież.

I trza tę magię szanować, pielęgnować, pieścić i nigdy przenigdy nie zapomnieć. I wierzyć, że hula gdzieś nad nami i bardzo nas pilnuje, żebyśmy pięknie byli. Najpiękniej.
Chociaż Serce pękło.



PS. Nie zdążyłem Ci powiedzieć Piotr. Pewnie że przeczytałem Spiegelmana w Twoim oczywiście niezawodnym tłumaczeniu.

niedziela, 11 czerwca 2017

bariery

Każdy próg, limit, bariera powodują naturalną potrzebę ich pokonania, obejścia bez najmniejszych oporów moralnych. Poza prawem. Za cichym przyzwoleniem społecznym, bowiem dysproporcje na granicy barier tworzą większą niesprawiedliwość społeczną niż ich brak.
Progi, limity, bariery prowadzą do łamania prawa i patologii - zarówno w swobodzie ścigania, surowości orzekania, jak i powszechności i zuchwałości w ich łamaniu.
Eskalacja ograniczeń wiedzie ku rewolucji.

W każdym systemie.

niedziela, 2 kwietnia 2017

konfederacja



W nocy z poniedziałku na wtorek 3 maja 1791 roku w domu marszałka Małachowskiego podpisano dokument następującej treści:

W szczerej chęci ratunku ojczyzny, w okropnych na Rzeczpospolitą okolicznościach, projekt pod tytułem Ustawa Rządu w ręku j. w. marszałka sejmowego i konfederacji koronnej złożony do jak najdzielniejszego popierania przyjmujemy, zaręczając to nasze przedsięwzięcie hasłem miłości ojczyzny i słowem honoru, co dla większej wiary podpisami naszymi stwierdzamy”.
Nazajutrz trochę fortelem, trochę przypadkiem, trochę zamachem stanu uchwalono Konstytucję 3 maja – najważniejszy dokument ówczesnej Europy.
Nie byłoby to możliwe, gdyby nie konfederacja, pod której węzłem pracował sejm – zwolniony w ten sposób od liberum veto i innych szaleństw owych czasów.
Konfederacja - bo taką mamy tradycję. Nie - wojny domowej, rewolucji, majdanu - tylko właśnie konfederacji.

Ponad dwieście lat później ta tradycja doprowadziła nas do uchwalenia obecnej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
Czym innym był bowiem Okrągły Stół?
Czym innym – to szerokie niezwykłe porozumienie ludzi, o wydawałoby się nieprzystających do siebie poglądach?
Czym innym w końcu – to najważniejsze nasze dziecko - urodzone przez niedojrzałą demokrację - jeszcze w powijakach?
No przecież tylko i wyłącznie efektem konfederackich tradycji tego pięknego kraju - gdzieś między wschodem a zachodem. Tego, co w nas tak zwyczajne i nieobliczalne jednocześnie. Tego równoczesnego - niecałkowitego braku zachodniego porządku - oraz odrobiny wschodniej duszy, która zbyt mało szalona jednak, by zabić z miłości lub nienawiści. Tej niezwykłości, której - tak nienawidząc - kochamy jednocześnie i dumni z niej jesteśmy, bo nam o niej zewsząd przypominają.
Bo jedni zazdroszczą szaleństwa, a drudzy rozsądku.


Mamy więc tradycję i potrafimy jej użyć. I choć to dziewiętnastowieczne „użycie” spowodowało, że wolności i demokracji skosztowaliśmy zaledwie przez lat kilka tylko - w dwudziestym wieku, to w końcu - na nowo konfederację zawiązując - przywróciliśmy wolność i sprawiedliwość dla wszystkich.
I słusznie żyjemy w głębokim przekonaniu, że właśnie tędy droga.
Do mądrego Państwa wszystkich obywateli.
Do tolerancji i uczciwości.
Do normalności.
Co nas zatem powstrzymuje?
Czy nie przypadkiem - my sami?

Niczemu prawo nie jest winne, że nie jest przestrzegane - tylko my – obywatele, że prawa przestrzegania nie uczymy. Że prawa przestrzegania - nie dość stanowczo żądamy. Że prawa przestrzeganie - nie jest podstawową naszą wartością.
Że gdzieś oczkiem mrugniemy, szybkość przekroczymy, na czerwonym przebiegniemy, dziecku zwolnienie przed klasówką napiszemy, a jak odpisze na tej klasówce, to ramionami wzruszymy.
Bo prawo głupie, złe, surowe.
I jest też czasem takie, więc je zmienić może trzeba konfederacką siłą. Ale wpierw tą samą konfederacką mocą trzeba prawa przestrzegać.
Niczym świętości.

Tylko tak możemy to prawo na swoje miejsce przywrócić.
Naszą wspólną, wielką Konfederacją.
By stało się na powrót fundamentem.
Naszą codzienną Konstytucją.

W sobotę 7 maja 1791 roku marszałkowie skonfederowanego sejmu wydali uniwersał, ogłaszający uchwalenie konstytucji:

Ojczyzna nasza już jest ocalona. Swobody nasze zabezpieczone. Jesteśmy odtąd narodem wolnym i niepodległym. Opadły pęta niewoli i nierządu.”


Szczególnie dzisiaj – publikacja takiej treści – przydałaby się nam naprawdę.


sobota, 18 marca 2017

Młynarski










Drogie Panie i Panowie bardzo mili,
tą piosenką dziś was raczej nie rozbawię,
bo Pan Wojtek dzisiaj odszedł
jakby był maleńkim chłopcem,
po niebieskiej postanowił biegać trawie.

A tu ciągle z draniem walka trwa tak śmiała
wciąż wadzimy się w bój stając bez oręża
ale duma w nas niemała
będzie zawsze w sercach trwała
by Pan Wojtek z góry z nami też zwyciężał.

Bo nas wiódł przez lata swoim arcydziełem
wprzód prowadził nie udając że to łatwe
i niechcący nie przypadkiem
patrzy z góry nie ukradkiem
na cholernie dobrze wychowaną dziatwę.

Więc dzieciaki Twoje że sobie pozwolę
stoją razem byś był dumny z wychowania
i choć pointa już nie Twoja
na niebieskich łąkach stojąc
patrz spokojnie na uparte ich starania.




piątek, 10 marca 2017

na "gryla"

To nie będzie głęboka analiza polityczna. To będzie opis pewnego systemu zachowań, który przynależy niezwykłej grupie społecznej egzystującej w naszej polskiej kałuży ubłoconych gumiaków i pochyłego drzewa wedle „ponbócka” na rozstaju, którego błockiem z tej kałuży ochlapiemy - mknąc siedemnastoletnim potworem „turbopierdzącym” basowo „Jesteś szalona”. Na „gryla” do kumpla z woja, bo mu baba piąty raz zaciążyła, więc go stać i flachę stawia bimbru, co go w piwnicy pędzi i gada, że nocką pójdziem sąsiadowi psa żywcem zakopać, bo szczeka gnój po nocy. A ja że po co zakopać, jak żywa gadzina, to szpadlem przez łeb i po kłopocie. Dużo by gadać i mało wypić, bo w południe suma, a sobaka jakaś taka nie nasza…taka za ładna, za czysta, za….

A zatem Donald Tusk. Uśmiechnięty Europejczyk w nienagannie skrojonym garniturze, zaprzyjaźniony z przywódcami wielu krajów facet grający w piłkę, z prawem jazdy i pewnie niejednym kontem w banku oraz kartą kredytową, posługujący się biegle komputerem oraz językiem angielskim, wiszący w młodości na kominach i tak normalnie po ludzku sympatyczny. Facet. Zwyczajny facet, który sam robi zakupy. Nawet w Brukseli.

No to jak go cholera lubić.

Zastanawiałem się po co im to było. Po jaką cholerę pakować się, w z góry przegrane i to sromotnie szaleństwo, które kompromituje Polskę - co posła Kaczyńskiego pewnie mało interesuje, ale przede wszystkim kompromituje ich samych. Po co? Z czystej nienawiści? Z czystego prostego i nieskrępowanego pragnienia zemsty? Że niby „Schadenfreude” kieruje bezrefleksyjnie polskim systemem zachowań? Nie, za mało trochę, nawet jak na cynicznych uzurpatorów tkwiących w mrokach średniowiecza przy świecy i samobiczowaniu? I nagle rozbłysła mi w głowie gorącej myśl natrętna jak monotonia marszałka Kuchcińskiego kochanego – to był prezent „dla gryla”.

Siedzem sobie z kumplem z woja i paczamy. Nosz kurna - nasi ido jak burza. Postawili się pańskiej sforze. Polej. Ta baba z brocho to jaja ma. Twarda jest. I patrzcie gratulujo. Dziękujo z kwiatami na lotnisku. A ten wyfiokowany miglanc niemiecki, czy skąd on tam jest to nam ukrad kasę i uciek. I myśli, że my Polacy nie potrafimy? No damy radę. Polej.

Elektorat szanuje, elektorat docenia, elektorat wierzy. Notowania rosną. 

I tylko ubłocony „ponbócek” na dróg rozstaju rozłożył bezradnie ręce i wciąż powtarza – dlaczego?



wtorek, 21 lutego 2017

fakty i akty


- Pewnie dobrze grasz w szachy?
- Grałbym, gdybym pamiętał ruchy figur.
Wag the dog, 1997

W 1969 roku słynna tanatolog Elizabeth Kübler-Ross wydała przełomową książkę „Rozmowy o śmierci i umieraniu”, w której wyodrębniła psychologiczne „fazy umierania” ludzi nieuleczalnie chorych.

Zawsze mnie to fascynowało, że w skrajnych sytuacjach ludzie mimo całej swej złożoności, mimo wszystkich różnic w gruncie rzeczy zawsze zachowają się tak samo. Jeśli ktoś mnie obrazi, to w zależności od sytuacji, okoliczności, nastroju – zachowam się odmiennie. Ale jak ktoś mi powie: masz raka - to otwieram książkę i patrzę co zrobię jutro albo za chwilę. I rak w tym przypadku jest uogólnieniem, bo to się przekłada na każdą skrajność, w której żyć nam przyjdzie.

- jest taki film „Wag the dog” sprzed prawie dwudziestu lat, o potężnej manipulacji w Białym Domu
- krąży gdzieś teraz wokół przypowieść o nadzwyczajnym strażaku
- w prawie czterdziestomilionowym kraju zderzamy się od ponad roku z nieakceptowalną rzeczywistością.

NIEŚWIADOMOŚĆ
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Jedenaście dni przed wyborami, prezydent zostaje przyłapany z nastolatką. Sytuacja nie pozostawia żadnych wątpliwości. Pojawia się zarzut o molestowanie nieletniej.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody zapaliła się chałupa. Niedaleko Rynku ale samotnie stojąca. Do szczętu spłonęła.
3. Polska, jesień 2015.
Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory parlamentarne uzyskując większość mandatów w sejmie RP.

NIEPEWNOŚĆ
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Doradcy prezydenta po burzliwej dyskusji wpadają na pomysł odwrócenia uwagi wyborców i wywołują fikcyjną wojnę z Albanią. „Dlaczego z Albanią? A dlaczego nie!”
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody wybuchają kolejne pożary. Okazuje się, że to podpalenia. Z kręgów ochotniczej straży pożarnej padają szeptane oskarżenia pod adresem gminy i sołtysa o zaniedbania. Ludzie wychodzą na ulice. Zaczynają rozmawiać. Okazuje się, że zawsze w miejscu pożarów widziano głównego strażaka Wiesława Bigosa.
3. Polska, zima 2015.
Prawo i Sprawiedliwość na oczach osłupiałych obywateli, metodycznie łamiąc prawo rozpoczyna likwidację trójpodziału władzy skupiając się na demontażu Trybunału Konstytucyjnego. Następne w kolejce są media publiczne. Prezydent przytakuje. Ludzie wychodzą na ulicę.

ZAPRZECZENIE
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Nieistniejącą wojnę sprzedaje się w mediach. Nikt jej lepiej nie „wyprodukuje” niż Hollywood. Pan filmowy producent w jedwabnym szlafroku rozważa wyzwanie - w rezydencji na wzgórzach Los Angeles. W telewizji konferencja prasowa prezydenta z Waszyngtonu. Mówi o Albanii, wojennym trudzie i ofiarach.
- Niezły jest. Powinien powiedzieć coś o swojej matce. – mruczy hollywoodzki producent, a doradca prezydenta wyciąga zużytą motorolę z klapką i antenką.
- Niech powie coś o swojej matce. – rzuca do słuchawki.
- Moja matka… - głosi z telewizora prezydent Stanów Zjednoczonych.
Hollywoodzki producent przyjmuje ofertę.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody pojawiają się pierwsze filmy na których widać głównego strażaka Wiesława Bigosa podpalającego kolejne domy. Z ochotniczej straży pożarnej już oficjalnie i głośno padają zarzuty do sołtysa o zaniedbania. Najgłośniej krzyczy główny strażak Wiesław Bigos. Sołtys mówi o spokoju, o jedności, o prawdzie. Twierdzi głośno, że to niemożliwe, żeby był to spisek.
3. Polska, wiosna 2016.
Ludzie trwają na ulicy. Kilkaset tysięcy protestujących nie może ujść bacznemu oku władzy. Tymczasem jednak walec „równa równo z ziemią”. Padają kolejne bastiony demokracji – sejm obraduje nocą bez prawa sprzeciwu. Sprzeciw pojawia się przede wszystkim na ulicy.  

BUNT
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Produkcja wojny to wspaniałe wyzwanie dla hollywoodzkiego producenta. Zdjęcie umorusanej dziewczynki z kotkiem na rękach w ruinach nieznanego miasta obiega cały świat. Gwiazdy piszą piosenkę o pokoju. Piękny protest song krąży po wszystkich stacjach telewizyjnych. Produkuje się wiadomości z pierwszej linii frontu. Powstaje wojenny przemysł – czapeczki, gadżety.
Ludzie kupują patetyczną narrację.  
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody główny strażak Wiesław Bigos wychodzi na ulicę krzycząc, że pożary to wina sołtysa. Wioska się dzieli. Jedni wierzą Bigosowi, nie wierząc filmom na których przecież ogień do benzyny dorzuca. Większość jednak oskarża strażaka bezlitośnie. Bigos wznieca pożary wszędzie. Nikt ich nie może ugasić. Ludzie wychodzą na ulicę. Stają przeciw sobie zwolennicy i przeciwnicy strażaka. Sołtys jest wściekły.
3. Polska, lato 2016.
Ulica krzyczy, ludzie krzyczą, partia rządząca robi swoje. Zawłaszcza kolejne kawałeczki przestrzeni publicznej. Czas na szkoły i prawa kobiet. Ulica wrze.  

TARGOWANIE SIĘ Z LOSEM
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Molestowana przez prezydenta nastolatka dobija się nagle do drzwi sławy. Ktoś wyciąga ją znowu z niebytu, ku uciesze gawiedzi. Hollywoodzki producent reaguje natychmiast produkując bohatera wojennego. „Prosto z Albanii” wraca w czapeczce, T-shircie i z gadżetami, w rytm wojennego protest songu wielkich gwiazd, wymyślony i poorany wojenną przeszłością amerykański bohater – twardy i prawy, lecz ze łzami w oczach po tym co zobaczył w Albanii. Telewidzowie płacząc wraz z nim zapominają na zawsze o molestowanej nastolatce.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody główny strażak Bigos krzyczy, że powstrzyma pożary. Ludzie nie wierzą, bo widzą, że wznieca, a pożary nie ustają. Mają jednak dość pożarów, a ulice płoną coraz bardziej. Ludzie kipią wściekłością.
3. Polska, jesień 2016.
Prawa kobiet poddają się presji kobiet. Tędy droga - może się wydawać. Ulica powtarza - jedność. Opozycja zaczyna pękać. Walec władzy nabiera bezlitosnego przyspieszenia.

DEPRESJA
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
Wojna wygrana. Producent w jedwabnym szlafroku chce jednak sławy i ujawnienia swojej roli w swej największej hollywoodzkiej produkcji – wojnie z Albanią. Dlatego musi zginąć, a prezydent bez przeszkód zostaje wybrany na następną kadencję. To koniec nieistniejącej wojny.
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
W Polgórkach, powiat Pisgorody ludzie wybierają nową straż pożarną. Były główny strażak Bigos protestuje - krzyczy, że przecież gasił skutecznie. Wznieca nowe pożary. Świeżo wybrana straż likwiduje je natychmiast. Bigos nie kryje wzburzenia.
3. Polska, zima 2016.
Prawo i Sprawiedliwość łamie sejm wyrzucając zeń media. W odpowiedzi posłowie okupują salę posiedzeń. Rządząca partia obraduje w amoku w sali kolumnowej - kompletnie nielegalnie. To posiedzenie staje się synonimem zdrady. Ludzie blokują sejm. Wkracza policja. Ulica skacze sobie do gardeł. Polskie piekło rusza w tłum.

AKCEPTACJA
1. Stany Zjednoczone, nie wiadomo kiedy.
„Zakończył wojnę? Jakim prawem?! To nie jego produkcja!”
2. W kraju nad Wisłą, teraz.
Bigos zakłada konkurencyjną ochotniczą straż pożarną. Czas na kolejne pożary.
3. Polska, zima 2017.
Rozbita ulica przyjmuje kolejne ciosy bez słowa. Rządząca partia zaczyna majstrować przy ordynacji wyborczej.


* Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
* Tekst ukaże się w najnowszym numerze KODkarpacia.

wtorek, 6 grudnia 2016

wiatr...

Trzy  lata temu już było, ale nie mogłem się powstrzymać....

Zaczęło wiać.
Cholera, tak mogłaby się zaczynać jakaś mroczna sensacyjna powieść. Jakiś King, albo Chandler:
„Zaczęło wiać we czwartek po południu. Kiedy pierwszy, nieśmiały jeszcze podmuch uniósł w górę jakieś marne strzępy wczorajszego LA Timesa, Walter Chomsky przebiegał właśnie przez Hollywood Boulevard, tuż przy Kodak Theatre, gorączkowo starając się ustalić …” – dalej już treść ustaleń Waltera w stylu – „…po jaką cholerę zgodził się na spotkanie z…”, albo „…w której kieszeni jest jego ostatni papieros…”, bądź ostatecznie „…czy twarz, którą widzi po drugiej stronie ulicy, nie wydaje mu się skądś dziwnie znajoma…”.
A potem nasilający się wiatr, krew, tajemnica, napompowane cycki rozłożystych blond cudów, matka – córka, brudni magnaci, skorumpowani gliniarze – słowem kilka dni w świecie drzewek pomarańczowych, whisky bez lodu i leniwie mieszających spocone powietrze wiatraków, które pozwalają miękko przepłynąć wyobraźni do szalejącej na ulicach wichury.
Wszystko potrwa pewnie zaledwie ze trzy dni, będzie miało śmiały przekaz o twardych facetach, przyjaźni, zasadach i nieszczęśliwej miłości. Walter będzie wygrany i przegrany. W niedzielę wieczorem spojrzy z Hollywood Hills na rozświetlone miasto i wygrzebie z kieszeni lnianej marynarki pomiętą paczkę z ostatnim Camelem. Wyciągnie ostatnią zapałkę. Na jego pooranej ostatnimi dniami twarzy zagości uśmiech.
„Wiatr ustał, tak samo niespodziewanie jak się pojawił.”

Taki gotowy przepis, zależny od klimatu.

Nilssen jechałby pewnie swoim starym volvo godzinami przez przedmieścia Sztokholmu, aż w końcu na ostatniej, dziewięćset sześćdziesiątej siódmej stronie, wirujące płatki śniegu osiadłyby mu na twarzy i w dalekim kontekście ze strony trzydziestej pierwszej musielibyśmy się domyślić, że spływający po twarzy Nilssena śnieg, łzy tylko maskuje. Z tym że ta sześćdziesięciosiedmiostronicowa ucieczka przez szalejącą zamieć na sześćset czterdziestej siódmej stronie jest naprawdę porywająca. Tym bardziej, że Nilssen dojrzał w niej swoje dzieciństwo na nagich wydmach i wspomniał pierwszą rybę złowioną na kutrze stryja.

Klimat dużo zmienia. Klimat wiele wyjaśnia.

U nas po prostu „piździ jak w kieleckim”, a Zenek mocuje się z porywanym wiatrem eternitem. I to nie jest złe. Jest inne po prostu….

No dobra.
Nieprawda.
Jest złe.
Jest złe jak jasna cholera, że estetyka eternitu dominuje w naszej przestrzeni. Obsranej budami z tanim żarciem i chińskimi ciuchami. I wszystko jest takie second hand. Brzydcy ludzie, w brzydkim świecie zabijają się siekierami w błocie. Wiatr wieje, bo zawsze wiał, a fruwający wokół bud i dziurawych, tekturowych magazynów eternit, nie ma nawet komu łba obciąć. A jak już pojawi się jakiś Nilssen czy Walter, to uśmiercimy go na wysypisku śmieci. I tak się będziem pławić we własnej brzydocie.
A przecież u nas też czasem przestaje wiać.
Dziś wiatr unosi piach na wydmach, wiruje śnieżnym pyłem, wbija w ziemię szczyty jodeł. Dziś fruwa po lasach, jeziorach, pustych, wąskich uliczkach małych miasteczek. Dziś jest.
A kiedy się skończy, usiądziemy na jakimś naszym małym wzgórzu i spojrzymy na miasto.
Inaczej?

poniedziałek, 31 października 2016

wszyscy święci

I stanęli gdzieś razem.
I poszli w jedną stronę.
I wszystko inne stało się nieważne.
Zostawili niezałatwione sprawy i puste krzesło w dobrze znanym miejscu. 
I pamięć. U każdego z nas zupełnie inną.


"Czas na mnie
czas nagli

co ze sobą zabrać
na tamten brzeg
nic

więc to już
wszystko
mamo

tak synku
to już wszystko

a więc to tylko tyle

tylko tyle

więc to jest całe życie

tak całe życie"

Tadeusz Różewicz



Czesław Kiszczak, polski generał, polityk, członek WRON, minister spraw wewnętrznych, premier w PRL (ur. 1925)
Helmut Schmidt, niemiecki polityk, kanclerz Niemiec (ur. 1918)
Maciej Szczepański, polski publicysta i dziennikarz, działacz PZPR (ur. 1928)
Jan Góra, polski duchowny, dominikanin, twórca Spotkań na Lednicy (ur. 1948)
Lemmy Kilmister, brytyjski wokalista, basista, członek zespołu Motörhead (ur. 1945)
Elżbieta Krzesińska, polska lekkoatletka, skoczkini w dal (ur. 1934)
Roman Bartoszcze, polski polityk i rolnik, pierwszy prezes PSL (ur. 1946)
Natalie Cole, amerykańska piosenkarka (ur. 1950)
David Bowie, brytyjski piosenkarz (ur. 1947)
Alan Rickman, brytyjski aktor (ur. 1946)
Bogusław Kaczyński, polski dziennikarz, publicysta, krytyk muzyczny, znawca savoir-vivre (ur. 1942)
Janusz Muniak, polski saksofonista jazzowy (ur. 1941)
Xymena Zaniewska, polska projektantka mody, scenograf, architektka (ur. 1927)
Butrus Butrus Ghali, egipski polityk, sekretarz generalny ONZ (ur. 1922)
Andrzej Żuławski, polski reżyser filmowy (ur. 1940)
Umberto Eco, włoski pisarz, filozof, felietonista (ur. 1932)
Nancy Reagan, amerykańska aktorka, pierwsza dama (ur. 1921)
Marian Kociniak, polski aktor (ur. 1936)
Guido Westerwelle, niemiecki polityk, minister MSZ Niemiec i wicekanclerz (ur. 1961)
Marek Bargiełowski, polski aktor (ur. 1942)
Johan Cruijff, holenderski piłkarz, trener (ur. 1947)
Jan Kaczkowski, polski duchowny katolicki, prezbiter, bioetyk (ur. 1977)
Imre Kertész, węgierski pisarz, laureat Nagrody Nobla (ur. 1929)
Cesare Maldini, włoski piłkarz, trener (ur. 1932)
Zyta Gilowska, polska ekonomistka, polityk, minister finansów, wicepremier, posłanka na Sejm RP (ur. 1949)
Henryk Średnicki, polski bokser (ur. 1955)
Prince, amerykański piosenkarz (ur. 1958)
Tadeusz Gocłowski, polski duchowny katolicki, arcybiskup metropolita gdański (ur. 1931)
Maria Czubaszek, polska pisarka, satyryczka, autorka tekstów piosenek, dzienikarka (ur. 1939)
Andrzej Urbański, polski dziennikarz, polityk, poseł na Sejm RP, prezes Telewizji Polskiej (ur. 1954)
Krystian Rempała, polski żużlowiec (ur. 1998)
Andrzej Niemczyk, polski siatkarz, trener (ur. 1944)
Muhammad Ali, amerykański bokser (ur. 1942)
Andrzej Kondratiuk, polski reżyser filmowy (ur. 1936)
Monika Dzienisiewicz-Olbrychska, polska aktorka (ur. 1939)
Janina Paradowska, polska dziennikarka (ur. 1942)
Michael Cimino, amerykański reżyser i scenarzysta filmowy (ur. 1939)
Elie Wiesel, amerykański pisarz, dziennikarz, laureat Pokojowej Nagrody Nobla (ur. 1928)
Włodzimierz Odojewski, polski pisarz (ur. 1930)
Franciszek Macharski, polski duchowny katolicki, arcybiskup metropolita krakowski, kardynał (ur. 1927)
João Havelange, brazylijski działacz sportowy, prezydent FIFA (ur. 1916)
Sonia Rykiel, francuska projektantka mody (ur. 1930)
Gene Wilder, amerykański aktor (ur. 1933)
Beata Kolis, dziennikarka, współzałożycielka KOD (ur.1958)
Waldemar Dziki, polski reżyser i producent filmowy (ur. 1956)
Szimon Peres, izraelski polityk, prezydent Izraela, laureat Pokojowej Nagrody Nobla (ur. 1923)
Andrzej Wajda, polski reżyser filmowy i teatralny (ur. 1926)
Dario Fo, włoski pisarz, laureat Nagrody Nobla (ur. 1926)
Andrzej Kopiczyński, polski aktor (ur. 1934)

...i mnóstwo innych nam najbliższych...