sobota, 19 marca 2016

urodziny babci

Ten tekst napisałem trzy lata temu, a dzisiaj babcia skończyła 95 lat. I było piękne popołudnie z opowieściami, tangiem milonga i papieroskiem pod kieliszeczek koniaczku. No może dwa. I powiem tylko - drugie tyle babuniu.

Babcia nie lubi tego zdjęcia. A ja uważam, że zawadiacki kaszkiet, którego przecież nigdy by publicznie nie założyła, papieros i ten fantastyczny błysk w oku mówią więcej, niż zacnie uładzone wizerunki rodzinno – świąteczne.
Te które lubi.

Bo Babci nie można zamknąć w jakiejś jednej opowieści. Dom w Krośnie do dziś jest i jak tam dzisiaj wchodzę, to jak pies Pawłowa zmierzam do szafki w jadalni, żeby sprawdzić jakie są ciastka, placki, czekoladki czy cokolwiek, choć przecież nie jem już ich teraz za bardzo. Ale odruch pozostał, bo zawsze Babcia tam cuda chowała, na wszelki wypadek, gdyby ktoś przyszedł. „Bo tu wszystko się zaczęło, i życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i teatr się zaczął…” no kapłaństwo to może nie za bardzo, ale chodziliśmy – może nie na kremówki – ale na lody do Jadźwieckiego … no i w piłę graliśmy, i po niemiecku gadaliśmy, i łacinę studiowaliśmy. Babcia – matura 39 – cóż dodać… Kiedyś graliśmy w „nogę” w domu, bramki z tapczanów, normalnie tapczan na tapczan. I moje niecelne strzały gumową piłką zostawiły trwały ślad na delikatnej materii niebieskiej ściany. To nim dziadzio wrócił z pracy – babunia, co by nas kryć, machnęła, „taką samą jak w całym pokoju przecież”, niebieską farbą rzeczony fragment połaci ściennej. Różnica w kolorze waliła w oczy jak jasna cholera jeszcze przez wiele lat. A dziadzio wrócił z pracy i choć groźny był, udał, że nie widzi… Wierzył bowiem w kształtowanie talentów piłkarskich na każdym polu eksploatacji… I to tylko jedna z takich historii, których na tyle lat, nie powiem ile, zebrało się tysiące. Kiedy mój brat, na przykład, poszedł do szkoły i tam mu się kazali angielskiego uczyć, to babcia mając prawie 70 lat, zaczęła się uczyć angielskiego, bolejąc, że tego akurat języka się jeszcze nauczyć nie zdążyła. A robiła to, żeby móc mu pomóc w tej jego nauce, bo przecież sam nie da rady. Tak jak mnie wcześniej uczyła… On nie dał rady, ale ona tak. I teraz, jak to Himilsbach powiadał, została z tym angielskim, i jeszcze niemieckim perfekcyjnym, rosyjskim i z łaciną, ale nie narzeka, bo Babcia ma w paluchu – tak myślę po cichu, wszystko co napisano od Biblii po Grassa, choć się tym nie chwali za bardzo. I czyta wszystko, od Harlequina po Sartre’a, choć nie lubi komunistów, paląc i zasypiając z papierosem w ustach dzień w dzień, do jakiejś piątej rano…. A Schillera i Goethego to wciąż wali w oryginale. Taka babcia, co do dziś pamięta imiona i nazwiska koleżanek ze szkolnej ławki, choć parę lat już upłynęło.
Więc Babuniu, bo wiem, że teraz komputer powoli badasz swym mądrym okiem i zjawiasz się tu od czasu do czasu, recenzentem najsurowszym i najuczciwszym będąc, życzę Ci, żebyś się nie zmieniała ani na grosz, i nie bała niczego głupiego, bo jeszcze wiele do opowiadania zostało i zdjęcia te, z których zadowolona będziesz pokazać muszę. A przecież wiesz, że sto lat to za mało. Więc i Państwu obiecuję, że o Babci dużo jeszcze będzie.



sobota, 12 marca 2016

napisz o nadziei



Bardzo ważny Pan o bladoszarej twarzy wszedł na mównicę.
- Nie będzie mleka – wycedził głęboko podpierając się szklanką zimnej wody – ten „biały płyn” uznaję za nielegalny oraz niegodny, i mimo waszych wrogich pomruków nie ugnę się, a wy, z całym szacunkiem oraz bez niego - dla was, wrednych mlekopijców - nie możecie nic z tym zrobić. Sala umilkła.

Najstarszy z kotów i najmędrszy z psów obejrzeli to wystąpienie już kilkadziesiąt razy. Król szczur i mysi generał przyglądali się dość bezradnie.
- Co robimy? – wyszczekał pies.
Nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie. Siedzieli wszyscy w półmroku piwnicy patrząc na wielką miskę wypełnioną po brzegi czymś, co dotąd znali jako mleko i wiedzieli tylko jedno, że teraz – jak nigdy – potrzebują siebie nawzajem i że bardzo chcą być razem. Najstarszy z kotów wyciągnął z najodleglejszych zakamarków zmięty kawałek pożółkłego papieru.
Wszyscy zaczęli czytać.

„Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.

Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
Myślą, że kiedy człowiek się odwróci,
Cały świat za nim zaraz być przestaje,
Jakby porwały go ręce złodziei.” 

Echo niosło ich głosy po całej piwnicy jeszcze przez moment. Przysunęli się do miski i delikatnie dotknęli językami powierzchni białego płynu.
- Mleko – stwierdzili zgodnie.

KONIEC

Ktoś bardzo mądry powiedział mi ostatnio, żebym napisał o nadziei i że niby potrafię. A przecież nie potrafię. Mam nadzieję i przeżywam ją każdego dnia inaczej. Ostatnio na przykład czytając wiadomość od jednej z KODerek:
"Kuba muszę ci powiedzieć że wczoraj przeżywałam podwójną radość. Koncert, spotkanie z ludźmi. Ale przede wszystkim mój synek zaczął mówić „Mama”. I to jest moje największe szczęście. Ma cztery lata"

Taka właśnie jest nadzieja. Wszystkim Wam jej życzę.

(wykorzystałem wiersz Czesława Miłosza "Nadzieja")

piątek, 19 lutego 2016

tak się to robi


Po pierwsze - to się robi przede wszystkim bez skrupułów. Po drugie – mówi się: „prawda cię nie zbawi”. Po trzecie – żeby nie wyglądało nieudolnie - nie jest to wbrew pozorom takie łatwe.

Telewizja to jest niezwykła materia. Mawialiśmy, że jak się lekarz myli - to idzie w piach, a naszą pomyłkę oglądają miliony ludzi. W moim przypadku liczyła się oglądalność. W przypadku „dobrej zmiany” w mediach publicznych – liczy się propaganda. 
Wiecie jak jest różnica między „nie zgadzam się”, a „zgadzam się”? Pół sekundy na wycięcie „nie”. Żart? Oglądam dzisiaj Wiadomości i słyszę słowa, które nie padły, albo zostały wycięte. Mogę się mylić. Nigdy przecież nie byłem dziennikarzem. Ale umiem ciąć.
Wiara w telewizyjnie mówione słowo przeszła mi już za czasów Dziennika Telewizyjnego. Wtedy nie znałem technologii. Porównywałem jedynie rzeczywistość z przekazem. Oglądając zatem materiały o krajowym zaspokojeniu rynku wędlin i mięsa, wystawałem jako dzieciak godzinami pod sklepem, by wybłagać kilo baleronu. A wieczorem w telewizji uśmiechnięte sprzedawczynie w toczkach opowiadały o pełnych półkach i braku kolejek. Dorzucano potem do tego ekstremistycznych zbrodniarzy – Wałęsę, Kuronia albo Frasyniuka – żebym wiedział, czyja wina za moje kolejkowe wystawanie.
A wiele lat później się tego samego nauczyłem - tylko w innym, bardziej zbożnym celu. Nie chodziło bowiem o ideologię, tylko o utrzymanie ludzi przed telewizorem. Bez skrupułów, bo prawda nas przecież nie zbawi, jednak to cenna umiejętność. I absolutnie niewinna. Opowiadać historię tak, żeby nikt się od niej oderwać nie mógł. A punktem wyjścia jest przecież zmontowana – „nie do końca prawda”. 
Dzisiaj media mogą robić co chcą. Pan redaktor z telewizji w latach osiemdziesiątych nie miał technologicznie takich możliwości. A to co teraz słyszycie i widzicie jest tylko wolą wydawcy. Mówisz: Nie podoba mi się sytuacja – robię: podoba mi się sytuacja. Mówisz: Sytuacja mi się nie podoba – robię bezboleśnie: Sytuacja mi się podoba. Nawet nie zauważysz. Nie wierzysz?
Decyduje zawsze szef. 
Kiedyś był dziennikarzem. Kolegą z redakcji.
Teraz jest politykiem. Kolegą z partii.
Jak będzie?
Co usłyszysz? 
Jaka jest prawda?
Nigdy się nie dowiesz.

sobota, 2 stycznia 2016

Nowy Rok



Wiem, że nie było świątecznych życzeń, że polityczna codzienność zdominowała OBOK. Wiem, że trochę zawaliłem i obiecuję, że się poprawię. Tymczasem posłuchajcie Kochani...

... tego wszystkiego, wszystkim w Nowym Roku życzę. I jeszcze tej dumy i godności, która choć, niepotrzebną fanaberią w dzisiejszych czasach zdawać by się mogła, to pozwala - mimo przelotnych "układów z dolną wargą" - łagodniej i bez torsji, ułożyć się z samym sobą.

piątek, 11 grudnia 2015

gdyby się nie stało

Jutro w Warszawie jest marsz w obronie demokracji. I gdyby ktoś się zastanawiał... .

Pamiętacie jak Robertowi Lewandowskiemu nie zadrżała noga? Z Realem. Cztery razy. Wszyscy pamiętają.
Ale nie pamiętają pewnie jak miał dwadzieścia jeden lat i grał mecz decydujący o mistrzostwie Polski. Na ówczesnym rozkopanym placu budowy stadionu w Poznaniu. Z Zagłębiem Lubin. Tam mu na tym kartoflisku też nie zadrżała noga. Dwa razy. Na własne oczy widziałem. Trzy miesiące później Lewy był w Dortmundzie, a na pięknym błyszczącym stadionie śpiewał Sting z orkiestrą symfoniczną. Też widziałem i na płytach jest. Chwilę później na Euro strzelali tam bramki Pirlo, Mandżukić i Balotelli, a Lewy strzela dziś w Bayernie 5 goli w dziewięć minut i Real marzy, żeby go mieć.
Pomyślelibyście? Chłopak z Partyzanta Leszno, Znicza Pruszków i poznańskiego kartofliska, które jest teraz błyszczącym kawałkiem Europy. Tak jak Lewy.
A gdyby mu noga zadrżała? Wtedy, przed laty i jeszcze wcześniej? Gdyby odpuścił?
Widziałem go kiedyś na treningu i naprawdę nogi nie odstawiał i poty wylewał. Ale gdyby jednak odpuścił?
Stałby teraz w markecie i sprzedawał FIFĘ, zamiast być na jej okładce?
A my płakalibyśmy jak zawsze po kolejnych porażkach biało-czerwonych? 
Na szczęście się nie dowiemy. 
Bo w Lewym była nadzieja i wiara, że to co robi ma sens. 
I robił. I nie odpuszczał. Nawet, gdy go pewnie nadzieja opuszczała i wiara, wstawał by w deszczu i śniegu robić wbrew wszystkiemu to, co prowadzi go do celu.
Cholernie ważnego. 
Wspomniałem Lewego myśląc o tych wszystkich, w których ta nadzieja i wiara - trwała i rosła. Dojrzewała, zmieniając ich życie, a przy okazji nasze. O Wałęsie, który mimo wszystkich swoich obaw i wątpliwości przeskoczył przez płot. I o wszystkich tych progach przekraczanych, barierach złamanych, wewnętrznych walkach wygranych - odwagą i mądrością. O odmowie, niezgodzie i uporze dzięki którym powstała ta nasza fantastyczna jedność Solidarności, która mimo szykan, lęku, więzień – pozbawiona jakiejkolwiek nadziei - niecałe dziesięć lat później wprowadziła nas do wolnej Polski. I do Europy.
Ja wiem, że to wielkie słowa. Że to dawno temu. Że nikt już nawet nie chce pamiętać. Ale to nie jest piłka nożna na stadionie w Poznaniu, Dortmundzie, Monachium czy nawet w Madrycie na Santiago Bernabeu.
To jest nasze życie, które pewnie jedno jedyne mamy i jest cholernie ważne.
I gdy mnie kiedyś Kacper spyta, albo Janek – gdzie wtedy byłeś? Powiem, że byłem tam, gdzie moja odmowa, niezgoda i upór, i że zawsze tam będę. I oni też powinni. Bo warto być przyzwoitym i odważnym. Bo ludzie umierali i siedzieli w więzieniach za to, żebym mógł wyjść na ulicę i powiedzieć, że tamto „kiedyś” się już nigdy nie powtórzy. Bo mnie nie opuści nadzieja i wiara.
A dzisiaj jest potrzebna i ważna. Bo tak się wokół dzieje, jakby znowu przez płot trzeba było skakać. A przecież na razie wystarczy iść. Nawet nie biegać.
Biegłem kiedyś. Dawno temu, w szóstej klasie podstawówki wyznaczono mnie do reprezentacji szkoły w sztafecie przełajowej 10 razy kilometr. Byłem na drugiej zmianie i stałem taki mały dwunastoletni chudzielec pośród rosłych piętnastolatków czekając na pałeczkę, którą dostałem w czubie tego wyścigu. Wyrwałem więc do przodu, bo się nie znałem na taktyce i goniłem co sił w nogach i płucach, aż mi w końcu prąd odcięło jakieś trzysta metrów przed metą i następną zmianą. Usłyszałem wtedy za plecami zbliżające się tupanie takiego wielkiego gościa, takiego blondyna z grzywką, którego pamiętałem ze startu. Bardzo szybko był tak blisko, że oprócz kroków poczułem na plecach jego dyszący oddech, a mnie już od dawna chciało się rzygać ze zmęczenia. I pomyślałem wtedy – jeszcze krok - depnę, przyśpieszę, spróbuję. I depnąłem ostatnią sekundą sił… a on został. Odpuścił. Nie dał rady. Na ostatnich trzystu metrach zrobiłem sto przewagi i porzygałem się dopiero na mecie.
Pomyślelibyście? Ja też nie. 
A to wcale nie było takie cholernie ważne.
A teraz jest.
Jutro.
12.12 o 12 w Alei Szucha.

środa, 2 grudnia 2015

kiedyś były urodziny Jarosława

W czerwcu 2012 roku napisałem poniższy tekst w związku z 63 urodzinami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Nie przypuszczałem, że trzy i pół roku później będę mógł tak wiele do niego dodać, a nie będzie mi się kompletnie chciało. Tak po prostu. Oraz, że zupełnie inne życzenia złożyłbym dziś prezesowi, ale nawet na to nie zasługuje.  



Szanowny Panie premierze.
Dziś, w dniu Pana urodzin, chciałbym złożyć Panu życzenia zdrowego i spokojnego życia. Bardzo chciałbym dziś również zadać Panu wiele pytań. Szczegółowych, dobitnych, celnych, precyzyjnych, szanujących Pana inteligencję i nie za bardzo naigrawających się z mojej. Pytań o przeszłość i przyszłość, o Pana za i przeciw, o Pana priorytety, te wielkimi literami sławione bogoojczyźniane pacierze i te zwykłe, codzienne, z którymi Pan zasypia i zasypiając układa Pan w głowie: skład reprezentacji Polski w piłce nożnej (ja dochodzę do prawej pomocy i zasypiam), ulubione auto z fajnym wyposażeniem (waham się między 911 a M5, a zasypiam po drugim łuku w prawo), miejsce na ziemi (ciekawe czy Pan też myśli o Istrii, czy raczej koncentruje się Pan na Podlasiu). W każdym razie taki zwyczajny Pan mi się jawi w pytaniach: o to czy grał Pan w piłę w podstawówce i na jakiej pozycji, o prawo jazdy, o zdobytą górę, o dziewczyny (Sharon czy Angelina, Hepburn czy Fonda), o ulubiony kawałek, film, największy obciach, randkę…. Pan maturę zdawał w 1967 – Stonesi grali wtedy w Kongresowej. Tak…, chciałbym wiedzieć, czy Pan po mordzie dostał jak każdy, to znaczy czy się Pan bił z kolegami, o prawdę, o rację, o Kaśkę z II c. Chciałbym poznać Pana słabości, upokorzenia, czas na setkę, ilość wódki, którą Pan wypije i nie padnie….
Chciałbym, jednak w zasadzie tak naprawdę, przepraszam, że w dniu urodzin, ale mam tylko jedno pytanie: DLACZEGO?
Dlaczego Pan to robi? Czy władza sama w sobie jest tego warta? Ile razy trzeba oszukać tych biednych ludzi żeby ją zdobyć? Ile razy Pan jeszcze Polskę nabierze, na miłość do niej, że to dla jej dobra, na Gierka, Leppera, wspólnego wroga, proszki, matkę, brata, Giertycha, łzy, świętości i zakazy. I nakazy i modlitwy i słabszy dzień i polityczny obyczaj, znany tu przecież od rozbiorów. Na Europę i ojczyznę, na Boga i szatana. Ile razy jeszcze Panie Jarosławie Kaczyński stanie Pan przed tym smutnym, umęczonym narodem (który tak naprawdę chciałby być normalny, szczęśliwy i uśmiechnięty), i z kamienną twarzą, z krzyżem na piersi, z pełną premedytacją człowieka opętanego żądzą władzy, powie Pan to, co będą chcieli usłyszeć?
I chciałbym jeszcze wiedzieć po co Pan to zrobi? Bo władza, dla samej władzy wydaje się w tym przypadku taka mało wyszukana.
Tymczasem, w dniu urodzin życzę Panu, tego, czego Pan sam, w przypływie samotności i skupienia, będzie sobie życzył. Mam nadzieję, że będzie to coś fajnego.

poniedziałek, 30 listopada 2015

1983

Pod domem babci w Krośnie
Było nas czterech.
Wyszliśmy z kina.
Śmialiśmy się.
To było piękne, upalne lato 1983 roku. Lady Pank wydało pierwszą płytę, Kukiz właśnie wygrywał Jarocin, papież był w Polsce i powiedział, że „naród ginie, gdy znieprawia swojego ducha”, a z warszawskiej ulicy zgarnęli Grzegorza Przemyka, a potem pobili go na śmierć.

Podeszli na ulicy, zabrali na komisariat i zabili.

Ja miałem trzynaście lat i poznawałem smak wczesnej młodości w Krośnie. Pisałem tutaj zresztą kiedyś o tym przy jakiejś innej okazji.To była młodość mierzona tym, co piękne - piłką z kumplami, wystawaniem pod oknem dziewczyn i niezapomnianą muzyką. 

To była młodość mierzona tym, co ważne – uczciwością, honorem, przyjaźnią.

To była młodość mierzona prawdą.

Kłamstwo, fałsz, zdrada – wykluczały z kompanii. 

Znaczek Solidarności to była świętość.
Chodziliśmy do kościoła i śpiewaliśmy, żeby wolną raczył wrócić Pan.
Nic więcej. I nic mniej. Tylko tyle.

I szliśmy we czterech. Z kina. Jeszcze jasno było. 
Śmialiśmy się. Główna ulica.
- Tak wam wesoło? Do auta! – Czterech śliskich facetów oskrzydlało nasze pozycje. Wili się jak szczury szykując do ataku. Nie spojrzałem na chłopaków, ani na numer rejestracyjny – prysnąłem na wprost, bo tak jest najłatwiej i przeciwnik musi stracić czas, żeby się odwrócić. Myślałem, że chłopaki zrobią to samo. Nie zrobili – spojrzeli na rejestrację. Długonogi mnie gonił. Kiedy po pięciuset metrach usłyszałem jego oddech na plecach wymiękłem, choć teraz myślę, że te sto metrów do Franciszkanów bym dociągnął, bo biegałem naonczas w przełajach. Ale wtedy nie pomyślałem, żeby do kościoła uciekać, bo nie spojrzałem na rejestrację. Rzuciłem na nią okiem dopiero, gdy mnie ciągnęli skutego z powrotem do tego cholernego auta.
Miałem straszne szczęście, że było nas czterech, bo w aucie nie było miejsca, żeby mnie dobrze zlać. Walili głównie po brzuchu i po nerkach ale obijali sobie łokcie o metalowe drzwi UAZa. Przejechaliśmy jednak całe miasto wśród nieudolnych ciosów i opowieści jak będę „fruwał na wysokości lamperii”, kiedy trafimy na komendę i że w końcu mnie „zajebią”. 
Nie pamiętam jak mnie tam wciągnęli. Pamiętam dwóch typów stojących w mundurach ZOMO tuż przy windzie, kiedy mnie z niej wywlekli. To śmieszne teraz, bo jeden był napakowany jak Grzegorz Skrzecz i miał ze dwa metry wzrostu, a drugi był chudy jak ja i miał pewnie metr sześćdziesiąt – żyła taka. Rzucili mi przez zęby, że się śmiałem, a teraz będę płakał i wprowadzili mnie do pokoju z dwoma biurkami sadzając tyłem do drzwi.

To takie dziwne uczucie. 
Gdy masz trzynaście lat zdobywasz zimą ośmiotysięczniki, strzelasz bramkę w ostatniej minucie finału Mundialu, zdobywasz Reichstag i uwalniasz Winnetou z niewoli Komanczów. Masz też szybkie Ferrari, wiernego psa przyjaciela i piękną narzeczoną – takie skrzyżowanie Poli Raksy z Jane Fondą. Obyty jesteś zatem wyobraźnią z wszelkimi możliwymi zagrożeniami, łącznie ze spaleniem na stosie. 
I nagle zderzasz się z taką sytuacją, że siedzisz tyłem do drzwi i nie wiesz nawet, kto cię zabije. 
Bo wchodzą, wychodzą i gadają do ciebie zza pleców. Nie wiesz ilu ich jest i gdy dostajesz kolejny raz w tył głowy, to nie masz pojęcia czy łapa wielka jak bochen, albo twoja własna - wsadzona w ten gówniany, ostry jak cholera plastik - legitymacja szkolna, nie zmieni się w młotek przy następnym ciosie. Albo drewnianą pałę.
Wieki upływają wśród niezliczonych pytań - co tu kurwa u nas robisz? dlaczego pizdo uciekałeś? z czego się chuju śmiałeś? – kawał musiałem opowiedzieć, że się z niego niby śmiałem, homofobiczny, z „dobrym policjantem” - żeby zrozumieli – skąd mi to do łba przyszło wtedy, to nie mam pojęcia: 
„–Podchodzi facet do milicjanta i mówi: panie władzo pedał mnie goni - i co? - a ja taki nieuczesany”. 
Pamiętam jak dziś. Rechotali a ja się wstydziłem. I tak w kółko. W łeb od tyłu i kanonada pytań.
To takie dziwne uczucie.
Masz trzynaście lat, jesteś w, twoim zdaniem, sytuacji skrajnej, terminalnej, ale mózg pracuje jak automat. Rozważasz logicznie wszystkie okoliczności. 
Myślisz – dużo ich, wielu świadków, jest szansa. 
Myślisz – przy Przemyku też ich było kilku. 
Myślisz – nie wzięli do piwnicy, jest dobrze. 
Myślisz – zaraz Cię zajebią – obiecali.

I nagle ni stąd ni zowąd wszystko im przechodzi. Dzwonią do Babci, u której jestem, że jestem u nich. 
I nagle wiem, że mi nic nie zrobią. Bo się zdradzili i już nie mogą.
I nagle puszczają mnie jakby się nic kompletnie nie stało. 
Jakby to był nic nie znaczący wieczór w ich pięknej karierze. 
Bo pewnie był.

Wyszedłem zaciągając się letnim, nocnym powietrzem. Nie paliłem jeszcze wtedy. Chłopcy wyszli wcześniej – jeden czekał na mnie, drugi pobiegł nieść wici po mieście, a trzeci ostrzec babcię. Jak to przyjaciele.

I ja wiem, że to pewnie była niegroźna, gówniarska, pewnie nic nie znacząca dziecięca przygoda.

Ale przypomniałem ją sobie ostatnio. 
Bo w tymże 1983 roku potencjalny nadzorca i zarządca tych moich prywatnych sukinsynów, ówczesny krośnieński prokurator Stanisław Piotrowicz został odznaczony brązowym Krzyżem Zasługi.
A to ten sam, który dzisiaj z trybuny rządzącej partii chce mnie uczyć demokracji. 
Łamiąc ją każdym oddechem. Więc nie nauczy. I pewnie nigdy nie zrozumie dlaczego. 
Żałuję tylko, że się wtedy nie spotkaliśmy panie prokuratorze.
Byłoby co wspominać.
Na zawsze.

niedziela, 15 listopada 2015

je suis parisien

Zabijesz? 
Przyłożysz lufę do skroni, spojrzysz w przerażone, szkliste oczy, usłyszysz wychrypiane błaganie i wystrzelisz? Rzucisz okiem na drżące w konwulsjach ciało, a potem spokojnie przejdziesz do następnej ofiary. I zaczniesz od nowa?

Dwudziestoletnia ruda dziewczyna. Błyszczące białe zęby. Gąszcz loków sprężynujących aż do ramion. Podkreślone push up'em zachęcające piersi, wypływające z głęboko wyciętego dekoltu. Szczupłe nogi wpięte w czarne szpilki. Rozłożone teraz nienaturalnie szeroko. Mógłbyś z nią dzisiaj iść do łóżka ale mózg wypływa na posadzkę spośród rudych loków. Albo ten chłopak o sprężystym tyłku. Spodnie zsunęły się poniżej bioder. Nie golił się dzisiaj. Kałuża krwi wypłynęła z dziurawej tętnicy szyjnej i zalała przytuloną do podłogi twarz.Ta dziewczynka z warkoczami może mieć pięć lat i chyba się uśmiecha. Kula weszła okiem. A ta starsza Pani z siwym kokiem mogłaby być Twoją babcią ale jelita wypłynęły jej na spódnicę.Poza tym wyglądają jakby spali.
Wszyscy.


A ty? Zabijesz?
Dwunastolatka omotanego kefiją. Jeszcze nie prószy się meszek pod nosem, a ze spoconej dłoni wypada kolba kałasznikowa. Załzawione oczy błagają o życie.
Śniadą kobietę z plecakiem w nikabie tulącą dwójkę dzieci, które nawet nie wiedzą, czy ona się śmieje czy płacze.
Albo ich rodziców, żony, mężów, babcie i dziadków, którzy wtargnęli w twoje życie?
Dobrze albo źle.
Zwyczajnie albo brutalnie i strasznie.
Normalnie albo z całym okrucieństwem.
A ty nie zabijesz, bo nie potrafisz. Prawda?
I strasznieś zły na siebie. Strasznie wściekły. Tak wściekły, że mógłbyś zabić.
Ale nie umiesz.
A gdybyś teraz zamknął oczy i wyobraził sobie, że oni też nie potrafią?


Dziś jestem Paryżaninem. Nie mam wyznania ani żadnego koloru skóry. Lubię d'Orsay, kawę, croissanty, un demi i bistro u Henri'ego przy Saint Sulpice.
Czasem się śmieję, czasami płaczę, często nie wiem co powiedzieć.
Tak jak dzisiaj.
Tak jak Wy.
Tak jak Oni.

piątek, 23 października 2015

weź parasol i podaj dalej

Nikogo przecież nie przekonam. 

Ci rozczarowani już zdecydowali. 
Ci, którzy siedzą w domu - zostaną w domu. 
Ci, którzy zawsze tam byli, nadal tam są.

Mogę opowiadać w nieskończoność historię jednej - demokratycznie wybranej - niemieckiej partii politycznej, która w kilka lat zmieniła na zawsze życie na ziemi. Nikt w to już jednak nie wierzy. Nikt tego nie chce pamiętać. Tak jak nikt nie pamięta tego, co było tak niedawno. No może poza kilkoma osobami, które już nie mogą o tym opowiedzieć. Albo tymi, które nie chcą.

Bo ludzie zaczynają bać się przyszłości dopiero wtedy, kiedy nie mają już na nią wpływu.

Zaczynają martwić się o "za tydzień", drżeć o "jutro", uciekać przed "za chwilę" - dopiero wtedy, kiedy muszą głośno powiedzieć: przepraszam albo uups. Bo wszyscy wokół to mówią. A potem pada zwykle sakramentalne - jakoś to będzie, albo - damy radę.

Tylko że nie damy.

Święta racja - świat w poniedziałek będzie taki sam. I przez następne lata pewnie też.Ale gdyby istniał jakiś ułamek, minimalny - nieobliczalny - niesprawdzalny, ale jednak ułameczek prawdopodobieństwa, że nie będzie? Taka jakaś mała zadra w tyłku. Jakieś przeczucie, irracjonalny lęk, cholera wie co. Coś w powietrzu. Że będzie źle, strasznie, przerażająco. Że będzie wojna, zimno, bieda, głód, błoto, służby, smród, ubóstwo, aresztowania i chuj jeden raczy wiedzieć co jeszcze łaskawi państwo....
Jeżeli jest promil, ułamek promila, pół ułamka... to ja dla świętego spokoju wyjdę z domu, schowam rozczarowanie i przejdę na tę piękną i uśmiechniętą stronę, gdzie mili, fajni ludzie siedzą w słońcu i się nie boją. Jest im raz lepiej, raz gorzej ale są bezpieczni. I spokojni. Bo mają wokół świat, który ich chroni, a nie śledzi. Bo nie chcą chorej zemsty, łysego prowokatora wyjącego w szaleństwie prowokacji i chrypliwego krzyku o tym, że się wszystko zmieni.
Bo nie chcą, żeby się wszystko zmieniło.
Jest im raz lepiej, raz gorzej ale nie nie jest im źle.
Tak jak Wam.

A ludzie zaczynają bać się przyszłości dopiero wtedy, kiedy nie mają już na nią wpływu.

Taka mi się przypomina powiastka - już tutaj cytowana - o rabinie, do którego Żydzi przyszli w suszy strasznej, o deszcz się modląc. I rabin im powiedział, że deszczu nie będzie, bo nie ma wiary. A oni wzburzeni zakrzyknęli, że - jak to wiary nie ma - skoro się tu modlić przyszli? A rabin im odpowiedział: Jakby była wiara, to byście przyszli z parasolami.


Weźcie parasole.
Wszystkie jakie macie.
I otwórzcie je, żeby na nas deszcz nie spadł.
Nigdy.

Bo ludzie zaczynają bać się przyszłości dopiero wtedy, kiedy nie mają już na nią wpływu.

I jeśli przekonaliście się do parasoli - bez strachu o jutro - możecie je udostępniać ile wlezie. I do kiedy chcecie.
Dajcie wszystkim parasole. 

Wszystkie jakie macie.
Niech je otworzą, żeby na nas deszcz nie spadł.
Nigdy.

PS. Uświadomiłem sobie, że osiem nowych roczników wkroczyło w dorosłe życie, i że ci najstarsi mają już 26 lat. A najmłodsi mieli wtedy po dziesięć. Zupełnie inny to świat teraz. Oni też zupełnie inni. I czego innego chcą. Dla nich ta nieodległa przecież przeszłość, to science-fiction. Sam bym nie uwierzył w to, czego teraz nawet nie chcę opowiadać. Wy im powiedzcie.