niedziela, 5 lipca 2015

jak się dobrze policzy to inaczej wyjdzie

Czytam wygładzony i bardzo poprawny wywiad z Włodzimierzem Cimoszewiczem i dociera do mnie, że 10 lat po Jaruzelskim, to właśnie ex-aparatczyk - Kwaśniewski ratyfikuje Polskę w NATO, a chwilę później już całkowicie samodzielnie byli aparatczycy wprowadzają nas do Unii Europejskiej. I tak się zastanawiam, czy tego Cimoszewicza rozsądnie gadającego, się teraz dobrze czyta, bo się zmienił? A może nigdy nie był zły. A może był i tylko z niego taki cyniczny gracz odchodzący z polityki, w której zresztą praktycznie wszystko osiągnął.
Cimoszewicz stawia dodatkowo diagnozę, która w sumie niepodważalna. Mówi: "Kończy się okres podstawowej transformacji politycznej, gospodarczej i społecznej. Wpływ na rządzenie uzyskuje pokolenie, które nie pamięta PRL i choćby dlatego nie ocenia dzisiejszej swojej sytuacji na tle przeszłości, ale porównuje ją do tego, co ma miejsce współcześnie w innych krajach. Stąd więcej niecierpliwości i naiwności w szukaniu sposobów poprawiania wszystkiego, ale to może po jakimś czasie stać się siłą napędzającą niezbędną modernizację gospodarki i państwa."
Ja sobie tylko myślę, że choć to pewnie nieuchronne, to jednak cholernie niebezpieczne. Bo strasznie łatwo o "zgrecyizowanie trzeciorzeszne". Taka mi się ukuła fraza. 
Kiedy się bowiem słucha tych pań i śpiewaka, to mózg gładzią cylindryczną opływać zaczyna i   kwitnie powoli od tego ich szukania rozpaczliwego - nowszego i lepszego. 
Dzisiaj na własne uszy usłyszałem od premiera mojego kraju, że spełnienie obietnic opozycji skutkować będzie większą ilością kontroli urzędników wszelkiej maści.
To znaczy, że do tej pory były nieskuteczne?
To znaczy, że w majestacie prawa - omijamy to prawo i jest to zasługa pani premier?
To znaczy, że tak zasilamy budżet? Kontrolami?
I że nas zniszczą, a dotąd przecież łagodnie traktowali? I nie sprawdzali za często?
Czyli premier mojego kraju zakłada, że jestem złodziejem???     
Straszne to i pokraczne. 
A ta druga rączki zaciera i każdym słowem mówi, że nie umie i nie wie. Przerażająco nie wie. A dodatkowo ma wariatów na plecach i swoje pięć minut teraz, z których korzysta, ale pewnie wie, że zaraz się skończy. Jedyne co wie. Więc sieje kakofonią obietnic by chwila trwała.   
A na koniec śpiewak, który szczyci się brakiem pomysłu (przepraszam - programu).
I kraj niełatwy i ludzie.      
Jest taka scena w Czterech Pancernych, kiedy przekraczają "polską granicę na Bugu". I Janek pyta o swojego ojca, który walczył na Westerplatte, a jeden z chlopów mówi, że tam zginęło pięć tysięcy Polaków. Więc Janek nieśmiało, że ich tam było dwustu. I wtedy chłop mówi: Panie jak dobrze policzyć to inaczej wyjdzie. I jak nie lubię Przymanowskiego za całokształt, to zdanie to, jest według mnie kwintesencją polskości. 
My jesteśmy inni po prostu. I swoje wiemy. I zawsze najlepiej. Bo jak się dobrze policzy inaczej wyjdzie. Dobrze. Po naszemu.
Upał daje się we znaki. Wszystkim. 
Ostatnio pewien bardzo bliski mi od zawsze człowiek, powiedziałbym najbliższy, powiedział - "Wiesz, ja już cię nawet nie lubię".
Taka sytuacja.
"Przypominanie sobie, jak to ktoś nas skrzywdził czy zawiódł, to ponowna przykrość sprawiana sobie samemu na własne życzenie." - to znowu Cimoszewicz. 
I tak się wydaje, że ma rację. Znowu.

niedziela, 21 czerwca 2015

noc Bogów

Dziś noc Kupały. Wszyscy szukają swojego kwiatu paproci, swojego szczęścia, swojej radości. A kiedy znajdą, zapomną wedle legendy o rzeczach ważnych i najważniejszych.
Dziś słońce nie zdąży się nawet na chwilę ułożyć za horyzontem. A kiedy wstanie, wtuleni w kwiat paproci spać będziemy jeszcze długo snem sprawiedliwie zasłużonym. Taki to czas, kiedy sen pomaga. Kiedy tylko we śnie zapomnieć możemy o trudach „niesnu”.
Dziś sen będzie krótki. Przede wszystkim dla słońca. A dla nas? Dla tych z kwiatem paproci i dla tych, co bez niego?
Dziś noc Kupały. Jakiś taki ostatni bastion wojny ludu z plebanem. Taki „pi-arowski” symbol nieudolności poczynań plebanów przedwiecznych, bo jakoś tak „pozostał trwać”, mimo że Kupała to tylko ponoć wymysł – na wskroś nierealny, biorąc dodatkowo pod uwagę, że mówimy o Bogu. W każdym razie żołnierze innego Boga – tego jedynego prawdziwego, co ponoć istnieje – walczyli, dość jak dziś widać nieskutecznie, o likwidację pogańskich zabobonów, przyklejając się do nich, bądź je modyfikując, bo wizja dwóch splecionych w czerwcowym słońcu ciał, spoconych w upalnym orgazmie, nie za bardzo była do przyjęcia przez habity celibackich przekonań. Znów dwa światy. Jasiek i Hanka czekający na sabat sobótkowej nocy, bo wtedy się stanie. I ci, którzy każą się modlić i cierpieć, bo się nie stanie. Ogień i woda. Jak to w sobotki.
Dziś noc Kupały. Sen będzie krótki. Kwiat paproci gdzieś czeka. I nie wiadomo co lepsze – trafić na niego i zapomnieć, czy szukać pamiętając.
Oby tylko nie narazić się żadnemu z Bogów.

piątek, 19 czerwca 2015

greckie wakacje



Troszkę się staram zmienić tu parę rzeczy, więc jak Państwo zauważyliście pojawił się link do strony Obok na Facebooku oraz link do starych wpisów z czasów kubakarys.blog.pl.Kilka takich opowiastek Państwu tutaj przytoczę i dziś pierwsza sprzed lat paru, złożona z kilku obrazków wprost z greckich wakacji. 


talizmany i bogowie
U stóp Olimpu leży Litochoro – piękne małe miasteczko niczym wrota do niedostępnego, ponurego, skalistego masywu, gdzie tylko Bogowie prawa stanowią i bezwzględnie je egzekwują. Wąskimi uliczkami snują się miejscowi, co rusz ćmiąc camele i popijając espresso w ulicznych knajpkach i tawernach – próbując każdą komórką umęczonego upałem ciała dotrwać do zasłużonej sjesty. Staruszka odziana w czerń wysuwa się o lasce z banku, który akurat dzisiaj nie strajkuje i siada na ocienionym kamienistym murze, by odpocząć przed długą powolną podróżą do domu i tak kuśtykając mija brodatego popa. W ciszy, bez pozdrowień na zrytej grymasem bólu twarzy, leniwie spogląda ku położonym kilka kilometrów w dół zbocza, błękitnym wodom zatoki Termajskiej. Bo „gdy wkracza los, kończy się władza Bogów”. 
Annie ma dwadzieścia lat i pracuje w rodzinnej tawernie przy plaży – mówi pięknie po angielsku i chciałaby studiować, ale na razie rodziców na to nie stać. Tolis wrócił ze studiów w Sparcie i perfekcyjnie – dźwigając tacę pełną napojów na trzech palcach – obsługuje klientów przy basenie, a jego zjawiskowa dziewczyna o długich, kręconych, kasztanowych włosach przesiaduje przy barze czytając jakiegoś Prousta, czy innego Manna i popalając elektronicznego papierosa ściąga na siebie spojrzenia grubych Bułgarów. A Roula – podlotek jeszcze – biega z winem między plażą a hotelem i błyskając zębami bielszymi niż biel pokrzykuje głośno: „Welcome to Greece – what can I do for You my friend”. Wszyscy tu są przyjaciółmi, a jeżeli nie są – to za chwilę będą. 
Po plaży wędrują sprzedawcy pamiątek, drożdżowych bułek a nawet podstarzała masażystka, która prostuje okoliczne kręgosłupy. Znikąd pojawił się nagle z garniturem okularów i świecidełek mój pierwszy guru z Bombaju. Pobłogosławił całą moją rodzinę, przodków i przyszłych potomków przeklinając jednocześnie kryzys i zarabiając przy okazji piątaka. Drugi – podobnie zaopatrzony – guru z Bangladeszu, nikogo nie błogosławił, sprzedając mi bransoletkę z drewnianych koralików. Teraz nosząc ją na ręce obudowuję to wszystko legendą o magicznym talizmanie z Dhaki, przekazanym mi przez czcigodnego bengalskiego przewodnika, który chronić będzie po wsze czasy mnie i całe moje drzewo genealogiczne. W każdym razie dalekowschodni mędrcy w rozczłapanych adidasach tęsknią za swymi i źle im kiedy dźwigają ten swój towar w czterdziestostopniowym upale, choć pewnie lepiej niż w biednych ojczyznach.
Czas powoli się zatrzymuje w oczekiwaniu na kolejne decyzje Zeusa. A Olimp - dziś spowity gęstymi sinymi chmurami, niczym opaską na niewidome oczy – milczy jak zaklęty.
Być może zaklęty moim magicznym talizmanem. Bo tu na dole przecież słońce. 

na skrzyżowaniu dróg donikąd
Ależ się Zeus zezłościł. Armagedon wisiał nad Korinos całe wczorajsze popołudnie. W kleszczach między Chalkidiki, a masywem Olimpu wszyscy czekali na wybuch, który w końcu pod wieczór poderwał tony piachu z okolicznych plaż i zakręcił nimi jak jakąś dziecięcą zabawką. Wiało, grzmiało, lało przez pół nocy, aż w końcu rześki poranek przywitał wszystkich słonecznie zamglonym niebem. Czas było uciec na chwilę gromowładnemu.
W zachodniej Tesalii, wspinając się z przepięknego, przyklejonego do podnóża skał miasteczka Kalampaka, przez jeszcze piękniejsze kamienne Kastraki dociera się do miejsca, gdzie czas miał zatrzymać się jakieś sześćset lat temu. Kilkusetmetrowe skały rosnące wokół, jak wielkie bąble, kryją na szczytach, święte dla Greków monastyry, do których dostęp mieli przez wieki nieliczni mnisi, wciągani na górę w przytroczonych do lin koszach. Meteory noszą na swych barkach kilkadziesiąt, zdaje się, takich kamiennych budowli i Bóg jeden raczy wiedzieć, jak człowiek – w mrocznym średniowieczu – przykleił te klocki do sterczącej skały, tak że do teraz nie odpadły. Dziś kapłani kluczą między japońskimi i polskimi wycieczkami wysypującymi się wprost z błyszczących autokarów, garstką wariatów we własnych samochodach i strudzonymi piechurami, którzy te kilkanaście kilometrów wspinaczki nad wrogimi przepaściami przebywają w tym piekielnym upale zlani litrami potu. Kluczą bez błogosławieństw, a potem wsiadają, jak niegdyś, do kosza, tyle że dziś liny napędza elektryczny silnik. A potem zakładają – żeby było koszernie – kobietom długie spódnice, mężczyznom jakieś szarawary – i kasując po parę Euro wprowadzają wszystkich w świat, który ma być taki jak kiedyś, choć pewnie nigdy już nie będzie.
A potem karkołomny zjazd remontowanymi serpentynami i powrót w cień Olimpu, do Ani, która tutaj pracuje w rodzinnej tawernie z najpyszniejszymi rybami i owocami morza, jakie tylko wymarzyć można.
Ania jest sławna tutaj i wszyscy wokół mówią, że Ania jest wspaniała, a na dodatek ma męża Greka. 
Bo Ania jest wspaniała, a ciepło czyniące z przydrożnej tawerny dom prawie, jest Ani zasługą. Z Anią jesteś kumplem od dzień dobry i tak pozostaje gdy Ania donosi kolejne małże, krewetki, fetę, arbuzy i czego tylko dusza zażyczy, a ciało wchłonąć może. A w przerwach, Ania własnoręcznie magluje obrusy, obsługuje spływających zewsząd wielojęzycznych klientów, którzy mogliby wybrać setki innych miejsc dużo bliżej kurortu takiego jak Paralia, dużego miasta takiego jak Katerini, czy nawet najbliższego Korinos, ale trafiają właśnie tutaj – na to skrzyżowanie dróg donikąd – do Ani. A Ania, około drugiej w nocy, na ostatnich nogach wychodzi z pracy w tym rodzinnym – jak prawie każdy w Grecji – interesie – i goni do domu kończyć doktorat z filozofii, który ostatnimi egzaminami czeka w dalekiej Polsce, bo Machiavelii w kontekście współczesnego biznesu jej bliższy, niż nawet najlepsze krewetki z pomidorami. Nawet te z widokiem na morze.
Grecka rodzina jest trochę jak polska rodzina. Grecka rodzina musi wiedzieć, dlatego biega do pobliskiego sklepu, na targ, do sąsiada, przesiaduje godzinami w jednej z setek kafejek, albo wyciera siedzeniem taras swego domostwa, a jak nie ma tarasu to próg, a jak nie ma progu, to próg sąsiada. Zawsze się ktoś zatrzyma, zawsze ktoś zamieni trzy słowa, powtórzy co zasłyszane o Kowalskim albo Papadopoulosie. I grecka rodzina słucha. I grecka rodzina patrzy. I grecka rodzina nic nie mówi. Nic nie mówi o sobie, bo u greckiej rodziny wszystko jest wspaniałe. Dzieci są wspaniałe, wnuki, siostry, bracia, kuzyni, kuzynki – wszyscy – całe siedemset osób. Bo grecka rodzina jest duża, bo grecka rodzina jest potężna. Bo grecka rodzina wie, a przecież nie mówi. Grecka rodzina jest trochę jak polska rodzina.
Ania jest częścią greckiej rodziny i biega między stolikami tawerny dla tej rodziny honoru i szacunku powszechnie – społecznego z szybkością strusia pędziwiatra, a kiedy zwolni, utykać zacznie, głowa ją boli, to rodzina niby żartem rzuca, że Ania chora – jest Anią mniej przydatną i może dzień wolnego potrzebuje. Bo Ania nie ma wolnego. Nigdy. Bo na co komu niby doktorat o jakimś florenckim nieudaczniku, co w życie tego co pisał nigdy nie wprowadził, a teraz niby się to wprowadziło do naszego korporacyjnego świata. Więc Ania tak orze dzień w dzień, wieczór w wieczór, a nocami ten doktorat jej sen z oczu spędza, i zaczyna nienawidzić, i szukać ucieczki z fajnym greckim mężem, co na rodzinę się złości i też ucieka, a Anię wspiera jak może, ale pewnie za mało może. Bo grecka rodzina jest potężna. A Ania zamieniłaby te krewetki pyszne i małże i widok na morze Egejskie u stóp Zeusa na tego swojego Machiavellego bez mrugnięcia powieką. A tymczasem ma tę swoją przyszywaną grecką rodzinę, co nie rozumie, że Ania stała się dla niej bezcennym skarbem i kopie, zamiast pielęgnować. Bo Ania w końcu znajdzie swoje szczęście i swoją drogę i to nie będzie tutaj, na tym właśnie skrzyżowaniu, tych właśnie dróg donikąd, tylko na zupełnie innym. Być może podobnym, ale własnym.
A grecka rodzina pozostanie szczęśliwą i najlepszą grecką rodziną.       

u stóp boga
Zeus zagrzmiał i zesłał burzę, a noc przerwała rwąca rzeka płynąca po schodach. Nic groźnego, żaden tam kryzysowo dziurawy dach tylko ptasie gniazdo, które zatkało odpływ, czyniąc z balkonu basen, który przelał się przez jakiś pokój na górze, a potem wodospadem spłynął do hallu. Grecy uśmiali się, posprzątali, a rano znowu wyszło słońce i wrócił upał.
I życie leniwie toczy się dalej. Roula biega jak zawsze uśmiechnięta i z każdą przebieżką klepie kogoś po plecach z okrzykiem „How are You my friend”. Biega tak z mocnym postanowieniem, że zostanie kiedyś policjantką i pewnie dlatego przytroczyła do paska wielkie czarne kabury na drobne i rachunki. A Grecy całymi dniami piją kawę i chwalą swój styl życia. Grecy śmieją się i bawią, a w kontekście żartów o zagranicznym sponsoringu – zgryźliwie wypominają Niemcom brak odszkodowań po wojnie. Grecy czasem pytają z niepokojem – jak tam w Polsce, bo szukają pociechy widząc, że u nich nienajlepiej, ale nadal się uśmiechają, bo wiedzą przecież, że to może być taka piękna katastrofa. A że strachu wszyscy wszystkim napędzili i teraz do tego uśmiechniętego kraju tylko połowa ludzi z zeszłego roku przyjechała – to trudno. I wracają spokojnie do swojej kawy pod czujnym okiem Zeusa, bo co ma się stać i tak będzie.
Właścicielka tego rodzinnego biznesu uśmiecha się z rzadka, zatopiona we własnych myślach, nerwowo wertując stosy papierów. Widzi zapewne rozpoczęte i niedokończone budowy wokół, które straszą postrzępionymi żelbetowymi zębami. Może zna Annie i jej tatę, który z grecką gościnnością stawia na stole pokrojonego arbuza, bo lubi Polaków i mrugając okiem próbuje zaniżyć rachunek o sześć Euro, co jednak pewnie niestety Annie do studiów nie przybliży. Może Tolis, to jakiś jej krewny i chciałaby, żeby tego Manna czytali razem z jego dziewczyną w jakimś innym miejscu niż hotelowy basen,  a może przyjaźni się z właścicielką sklepiku w centrum miasteczka, która między wodę mineralną i mydło w płynie wcisnęła dumny ołtarzyk przeszłości: oprawione w ramki jej własne zdjęcia sprzed kilkunastu lat. Zdjęcia w eleganckich kreacjach, ze złotym łańcuchem błyszczącym na jej młodej i pięknej szyi…


Ramki są oczywiście na sprzedaż, bo los wkroczył, gdy skończyła się władza Bogów.
  


Tymczasem pora spać w oczekiwaniu, na kolejny bezlitosny żart gromowładnego. 
Jutro też jest przecież dzień, bo jakże inaczej mogłoby przyjść pojutrze.

P.S.
Z Anką widziałem się ostatni raz dwadzieścia siedem lat temu właśnie tutaj – kilkanaście kilometrów stąd – na pewnych wariackich greckich wakacjach. I choć od lat mieszkamy coś około kilometra od siebie jakoś się nigdy nie zdarzało, bez żadnej złej woli, przyczyny, czy też niechęci. Po prostu nastolatkowie, których rodzice się przyjaźnili poszli do innych szkół, przestali jeździć na wakacje z rodzicami, poznali nowych kumpli i jakoś tak się nawet w knajpie przy piwie nie zderzyli. I teraz po latach Anka to miejsce wskazała gdzieś tam pół roku temu „fejsbukowo”, a że piękne, to przy – jak zwykle na szybko decyzji podejmowanej na tydzień przed urlopem – wygrało konkurs. I tak dzięki Ance znów po latach stanąłem pod Olimpem, i tak przez przypadek urlopy się na parę dni nałożyły i Anka wylądowała pod Olimpem z rodzicami, tak jak dwadzieścia siedem lat temu i do późnej nocy wspominaliśmy zasypując się nawzajem anegdotami z dawnych greckich wakacji.
1985 rok. Mój ojciec zarabia jakieś dziesięć – dwadzieścia dolarów miesięcznie, a ja siedzę na greckiej plaży i palę pierwszego w życiu papierosa, kupionego za jedną trzecią jego pensji. Czerwone „Marlboro” – moje do dziś przekleństwo ciągłych porażek w nierównej walce z nałogiem. Tylko dzięki ojcu Anki się to stało, to znaczy nie moje palenie, tylko siedzenie na tej pięknej plaży i pierwszy kontakt z rzeczywistością wolnego świata, cieknącymi sokiem brzoskwiniami i biuściastą greczynką o ustach jak ciepła coca – cola. Tylko dzięki Niemu, bo On to wszystko jakoś w tych niemożliwych do realizacji takich rzeczy czasach – spiął i zorganizował. Ale od początku – na ile pamięć i wczorajszy wieczór anegdot pozwoli.
1500 kilometrów białą Skodą zdaje się 105S, z bagażnikiem otwieranym jak fortepian i doczepioną przyczepą, która przez czas jakiś miała być naszym domem. Przez Węgry, Rumunię, Bułgarię. Jakiś upalny koszmar w rozgrzanym jak piekło samochodzie. Najpierw Węgry, gdzie ktoś miał dowieźć, ale nie dowiózł forintów na benzynę, więc unieruchomieni staliśmy w jakiejś wsi przy drodze do Nyireghazy.  I wtedy objawiła się idea wyjazdu i sposobu przeżycia tych paru tygodni za piękną polską granicą, a także zaświtała odpowiedź na pytanie, po jaką cholerę upakowaliśmy tyle tego badziewia w przyczepie. Od dziwnych, dawno nie noszonych ciuchów, po nawet jakieś wędki, które nigdy nie użyte, leżały przez lata na strychu i teraz wlokły się z nami do dalekiej Grecji, tak jakby miały się przydać w jakichś szaleńczych połowach sardynek, czy innego morskiego dobra – tylko po to, żeby pod Olimpem z głodu nie umrzeć. Zatem dwie piłki – biedronki sprzedane przeze mnie na węgierskim zadupiu pozwoliły na transfer do Rumunii. Tam uratowały nas papierosy Gent, brane powszechnie za amerykańskie Kenty i sprzedane na ulicy za jakieś gigantyczne pieniądze. Bułgaria była zdaje się cywilizowanie okupiona podróżnymi voucherami na benzynę i wreszcie Grecja – Camping Stani, słodka Greczynka wagi półciężkiej, wspomniane tu Marlboro, bo Greczynka pracowała w rodzinnym greckim biznesie w skład którego wchodził camping, mały market i tawerna, oraz widok, którego nigdy nie zapomnę, kiedy mój ojciec – nie grzeszący nadto znajomością języków obcych – zachwalał – w jakimś sobie tylko znanym metajęzyku – rozłożone na polowym łóżku dobra z polski przywiezione i w końcu je wszystkie, łącznie z łóżkiem sprzedał – oblegającym ten quasi stragan starym greczynkom. Bo właściciel campingu zdając sobie sprawę, że Polacy biedni – zorganizował nam, tam na campingu, regularny bazar. Wykupiwszy uprzednio wszystko, co mu się podobało – sprosił na miejsce wszystkie gospodynie z okolicznych wsi – ratując nam tym samym życie. Poszło wszystko oprócz wędek, które dokonały swego żywota w drodze powrotnej, na targu zdaje się w Debreczynie, bo forinty do samego końca do nas nie dotarły. I dalej ten powrót był przecudny z sześciogodzinnym oczekiwaniem na paszporty, bom na sowieckiej granicy wspomniał zgryźliwie z dziecięcą głupotą i butą, że wieziemy granaty w bagażniku, co skrupulatnie mikrofony wyłapały i za karę czekaliśmy, z Polakiem krzyczącym we Lwowie na cały głos Lech Wałęsa, bo chyba się niczego nie bał i z wrogimi oczami polskich – lwowskich katoliczek, kiedy ze łzami w oczach po pięciu tysiącach kilometrów weszliśmy do kościoła Najświętszej Marii Panny, do naszego polskiego, lwowskiego kościoła – a te wysyczały, żeby wyjść, bo nie wchodzi się do kościoła w krótkich spodenkach. I może miały rację, ale my jej wtedy nie rozumieliśmy, bo ten Lwów, to dla nas jakaś świętość była. Ale ludzie tam już pewnie mniej. A może właśnie wtedy przestali nią być.
I potem już tylko długie oczekiwanie na Polskę już bez głupich tekstów. I pamiętam jak kilkanaście kilometrów przed domem – ojciec Anki zatrzymał samochód na poboczu i powiedział, że musi się chwilę przespać, bo nie daje rady. I mimo kawy, czekolady został tam na poboczu i wtedy zdaje się Ankę ostatni raz widziałem. Aż do teraz.
To były piękne dziecięce, no, prawie młodzieżowe wakacje. Beztroskie, upalne, pełne zdawkowo tu potraktowanych przygód, międzypaństwowych meczów piłkarskich, w których przegraliśmy z Grekami jedną bramą, ale za to dokopaliśmy Jugosłowianom – a raczej, dziś to wiem – Macedończykom, bo Skopje w drodze powrotnej, z pierwszą w życiu wizytą w meczecie też pamiętam. Pamiętam bardzo dużo, bo to ostatnie wakacje podstawówkowe i pierwsze licealne jednocześnie, pierwsze zagraniczne. Pierwsze tak pełną dziecięco – młodzieńczą piersią wdychane w szalonym pędzie robienia wszystkiego co można w każdej chwili, żeby ją tak w nieskończoność rozciągnąć. Pierwszy raz.

Tyle rzeczy było wtedy pierwszy raz w życiu i nigdy już nie będzie. A szkoda. I kiedy tak dziś u stóp Olimpu znowu siedzę, to trochę żałuję, że wtedy tego nie wiedziałem, ale z drugiej strony, pewnie dlatego było wtedy tak szczęśliwie i pięknie.

piątek, 29 maja 2015

Dzień Matki

Miało być o mamie, bo o mamie nie było i jest okazja, ale mama przecież zawsze jest i będzie. I to takie zwyczajne, że trzyma wszystko w kupie, i "pali ognisko", a na dodatek robi najlepsze placki ziemniaczane na świecie. I zawsze wie, i czuje, i przytuli. I w sumie nie ma o czym pisać, bo o czym pisać, kiedy nie ma wątpliwości, tylko się ciepło robi na sercu na samą myśl. 
Ostatni bastion. Ostatnia ucieczka. Ostatnia ostoja. Mama ogarnia i nawet potrafi ukryć skrzętnie, że się trapi i płacze czasem po cichu. 
I nieważne co zdecydujesz, zawsze jest ważne żeby Ci było dobrze. 
Jak to mama. 
Więc nie będzie o mamie, tylko o tym, że człowiek nic nie znaczy.  
Przed chwilą w telewizorze, świętej pamięci profesor Jerzy Regulski opowiadał o tym, jak zawieźli go na Koszykową, gdzie było UB i jak zdał sobie sprawę, że człowiek nic nie znaczy. 
Bo mogli go zabić, zniknąć, zmasakrować. 
I jak się tego słucha, to zdaje sobie sprawę człowiek, że rzeczywiście nic nie znaczy - w obliczu możnych, w obliczu boga, w obliczu przeznaczenia, losu, czy jak tam ktoś chce wszechświat czy też świat opisywać.
Nic nie znaczy też, wobec własnego mózgu, który robi z nami te wszystkie dziwne rzeczy - widzi, rozumie, oddycha. 
Albo przestaje to wszystko robić. 
Czasem nawet wszystko naraz. 
A prawie zawsze nagle.
Dziś gadałem z moim teściem, którego mózg postanowił nie gadać z jego ciałem. 
A potem pojechałem do babci, a ona nagle dzisiaj zaczęła myśleć, że jest gdzie indziej niż jest. I czasem nie rozpoznaje tego co jest wokół, choć pamięta Jankę z ławki w 1a sprzed prawie dziewięćdziesięciu lat. 
I śmieje się częściej. I śpiewa czasem. I wydaje się szczęśliwa. 
A ja wiem, że ucieka gdzieś w to szczęście od strachu przed nieuniknionym.  
I mruży oczy w ciepłym uśmiechu i mówi: dobrze, dobrze jest. 
Bez względu na to jak jest. 
Babunia kochana.
A mama ugotowała krupnik i babcia zjadła cały talerz.
Z uśmiechem.
Do mamy. 

środa, 22 kwietnia 2015

rat a tam


Dla wszystkich, którzy tak długo czekali - w końcu cała, skończona i kompletna bajka o szczurach. Bawcie się dobrze.

Spadł śnieg. Ludzie tęskniej wstecz patrzą, wolniej przemierzają swe ścieżki i uśmiechają się nawet czasem nieproszeni. Dzieci nosy do szyb przylepiają, język wystawiają, by okruch tego co z nieba leci złapać i śpią chyba trochę spokojniej, bo świat przecież bielą otulony i to co pod spodem nie wystaje za często i kolan nie ściera. Czas się zaczął mimo wichury, jakiś taki magiczny bardziej, bardziej czarodziejski. A cuda, których przecież nie ma, pewnie by zdziwienia wielkiego nie przyniosły, gdyby się pojawiły. Tymczasem snują się czasami w dziecięcych snach i bajkach… .



RAT A TAM




1.
Teodor zmarszczył brew chwytając łapczywie nocne powietrze pomiędzy kolejnymi śnieżnymi podmuchami.
- Wiem, że to niebezpieczne, ale to może być nasza jedyna szansa.
Stał teraz frontem do całego zgromadzenia, jak na prawdziwego przywódcę przystało. Przynajmniej wyobrażał sobie, że stoi, bo tak naprawdę wszyscy zanurzeni byli po łebki w białym miękkim puchu i tylko nerwowe strzyżenie uszami zdradzało, że go słuchają. Matylda z małym Krzysiem, który raz po raz niezgrabnie wdrapywał się na śnieg próbując coś dosłyszeć i zapadał w nim ponownie machając ze złością ogonem. Młody, zuchwały Leon o walecznym sercu i szalonym umyśle, który gdyby tylko mógł, nie bacząc na nic pognałby naprzód i prawdopodobnie zginął w bezmyślnym zapatrzeniu na tlące się w oddali światełka. Rodzeństwo Baltazarów, tak podobne, że nie wiadomo było nigdy, który jest który, choć wiadomo było zawsze, że każdy z nich będzie miał inne zdanie. No i filozof Joachim, który właśnie chyba przysnął - zgromadzenie niezbyt duże, jak na jego przywódcze doświadczenie. 
- Tam nie będzie łatwo – wrzasnął Teodor i Joachim się ocknął – ale tutaj zamarzniemy. Musimy iść, musimy dać radę. Jesteśmy szczurami. Szczury zawsze dają radę.
W oddali na wzgórzu majaczył dom. Słabo oświetlony, prężył się dumnie niczym wyzwanie. Matylda wzruszyła ramionami, Baltazarzy posprzeczali się o sens, Leon wyrwałby się do biegu, gdyby nie powstrzymujący gest Teodora, a Joachim mruknął coś o tym, że nie zawsze, bo nikt nie daje rady zawsze. Krzyś wdrapał się wreszcie na bardziej stabilną grudkę śniegu i spojrzał na całe to rozedrgane towarzystwo.
Do celu było niedaleko. Odsłonięta dolina wokół sterczącej niczym średniowieczna baszta studni, potem usiane drzewami owocowymi wzgórze, gąszcz jodeł i dalej najtrudniejsze – oświetlony płaskowyż przy pniu orzechowca. Tam byli zupełnie bezbronni. Krzyś dużo słyszał o psach i kotach. Teodor uciszył wszystkich jednym gestem. Dał znak i ruszyli brnąc w śniegu.
Gromada szczurów w poszukiwaniu schronienia.

2.
Mateusz zaciągnął koc pod brodę Mikołaja. Chłopiec zmrużył oczy. W domu pachniało dodanym do herbaty imbirem.
- Dziadku, potrzymasz mnie za rękę?
- Takiego dorosłego faceta?
Mikołaj uśmiechnął się chwytając sękatą dłoń Mateusza, a ten siedział przy nim w milczeniu tak długo, aż chłopiec westchnął cichutko i zasnął. Dopiero wtedy wstał, poprawił koc i cicho wyszedł z pokoju. Kiedy siedział przy kominku, uśmiechając się – jak co dzień – do starych fotografii, wydawało mu się, że słyszy jakieś dziwne dźwięki dobiegające z piwnicy. Ale zanurzył się w przeszłość tak bardzo, że przestał słyszeć cokolwiek, poza gwarem, wrzawą i śmiechem płynącym ze zdjęć, które w końcu wypadły mu z dłoni. Bo i on zasnął.

3.
W narastającej zamieci droga przebiegła w miarę sprawnie, nie licząc kłótni Baltazarów, kilku głębokich przemyśleń Joachima i ciężkiego oddechu Matyldy. Gdy tylko dotarli na miejsce i przykleili się w bezdechu do chropowatej ściany, Leon węsząc wokół, szybko odnalazł szparę prowadzącą do piwnicy. Trudno było nocą ocenić dokładnie miejsce w którym się znaleźli. Zresztą nie było na to czasu. Teodor ustalił tylko szybko, że dom jest drewniany i zsunęli się do ciepłego schronienia. Nim Matylda, wołając – chodź synku, zdążyła pociągnąć Krzysia za sobą, ten dojrzał gasnące gdzieś na górze światło. A potem wylądowali wszyscy obok wielkiego pieca, który raz po raz buchał ogniem i tuż za nim znaleźli miejsce na nocleg. Wreszcie było ciepło. Zmęczeni, zasnęli nie bacząc na nic. Tylko Krzyś wysuwając się delikatnie z ramion mamy, rozglądał się po nowym domu, nie dowierzając, że to mogło być tak proste.

4.
Ranek przyszedł znienacka. Kroki wielkiego człowieka na schodach sprawiły, że wszyscy rozpierzchli się po kątach. Wszyscy prócz Joachima, który spokojnie spał przy kominie i Leona, który postanowił walczyć o życie całego towarzystwa - tak ochoczo, że nawet Teodor nie zdążył go powstrzymać. A kiedy stanął twarzą w twarz z siwym, chropowatym mężczyzną we flanelowej koszuli – zadrżał i czmychnął, bo ten tupnął nogą, mrucząc pod nosem coś o trutce na szczury. Potem dorzucił do pieca i kręcąc głową ruszył schodami w górę. Wtedy Krzyś błyskawicznie skoczył w kierunku wyjścia i przytulił się do jego kroków. Matylda wykrzyczała bezgłośne – „nie synku”, ale Krzyś szybko zniknął na szczycie schodów, błyskając ogonem przy nogawkach dżinsowych ogrodniczek starego człowieka.

Kiedy zatrzasnęły się drzwi, cisza wisiała w powietrzu jeszcze przez długą chwilę. Aż w końcu dało się słyszeć tuptanie z najodleglejszych zakamarków piwnicy. Wszyscy zebrali się wokół Teodora. Nawet Joachim zwlókł się ze swego ciepłego posłania.
- I w ten właśnie sposób twoje pozbawione wyobraźni dziecko sprowadzi na nas wszystkich nieszczęście – Leon kręcił się w miejscu, czerwony z wściekłości.
- A ja myślałam, że to ty stanąłeś temu potworowi na drodze. Pokazałeś mu się i zdradziłeś naszą kryjówkę – Matylda mówiła cicho, z zimną złością i łapką wycelowaną w kierunku drżącego nosa Leona – a teraz masz pretensje do Krzysia, który… który….
Nie dokończyła, bo gdy szukała słów, Teodor chrząknął znacząco, przerywając zarówno jej wahanie, jak i sprzeczkę Baltazarów o to, kto aktualnie ma rację.
- Obaj postąpili nierozważnie. Choć teraz nie ma to znaczenia, bo największy problem ma zdaje się Krzyś.
Wszyscy spojrzeli w kierunku schodów i drzwi na górze. Nagle zdali sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się stało. Mało tego, że zostali zdemaskowani już pierwszego dnia, a są głodni i nie mają sił na dalszą wędrówkę, to jeszcze jeden z nich – na dodatek małe dziecko – dostał się w najniebezpieczniejsze miejsce, jakie tylko można sobie wyobrazić – na Terytorium Człowieka.
I wtedy padło pytanie, które pięcioro przerażonych szczurów zamieniło w pięcioro przerażonych, skamieniałych szczurów.
- A czy Krzyś…, czy Krzyś wie cokolwiek o ludziach? – Joachim oblizał nerwowo wargi, badawczo przyglądając się Matyldzie.

5.
Ta zabawa wydawała się fajna i stosunkowo łatwa. Wycinać slalom pomiędzy kroczącymi wielkimi butami tego olbrzymiego siwego stworzenia tak, by nie nadepnęły na ogon, nie było dla Krzysia wielkim wyzwaniem. A jednak, kiedy weszli do kuchni pośliznął się na zimnej posadzce i szorując po niej miękkim futerkiem wjechał pod staroświecki kredens.
- Dziadku, widziałem ślady w ogrodzie.
Chłopiec miał błyszczące, czerwone od mrozu policzki. Blond kosmyki wymykały się niesfornie spod wełnianej czapki. Stał w drzwiach kuchni i spokojnie przyglądał się zaaferowanemu, siwemu olbrzymowi. Krzyś widział kiedyś z daleka takie dziwne dwunogie stwory. Te dwa, wydawały mu się całkiem miłe. Na wszelki wypadek jednak, nie ruszał się z miejsca.
-  Tak, zdaje się, że mamy nieproszonego gościa. Widziałem go przed chwilą w piwnicy.
- Chyba gości – chłopiec z przejęciem opowiedział o swoim odkryciu. Kilka małych śladów, przez cały ogród, wprost do rozbitego okienka w piwnicy. Krzyś miał już wybiec spod kredensu, by zakrzyknąć – tak, to my, przybyliśmy wczoraj wieczorem, kiedy słowa dużego, na dobre go powstrzymały.
- Zawołaj Bernarda, musimy pojechać do sklepu. A swoją drogą, co to za pies? Nawet mu powieka w nocy nie drgnęła. Można by go ukraść i by się nie obudził.
Pies... Krzyś patrzył na oddalające się stwory wstrzymując oddech. Pies, to nie było nic dobrego, nic zabawnego, w ogóle nic…
- Pies nie jest wcale najgorszy.
Piskliwy głosik wyrwał go z rozmyślań. Odwrócił się i dojrzał w mroku małe błyszczące oczka.
- Najgorzej jest, jak dziadek rozwiesi ten przepyszny ser, na tych dziwnych hakach, które strzelają. Trudno się powstrzymać. Cześć, jestem Filip i jestem myszą. A ty?
- A ja jestem Krzyś i jestem szczurem.
- Oj – zastrzygł uszami – ale bardzo małym szczurem, mam nadzieję.
Ceremonia powitalna przeniosła się na środek kuchni. Filip był popielaty i strasznie dużo gadał, ale potrafił czasem, choć rzadko, przerwać na chwilkę i posłuchać. Więc po mniej więcej pół godzinie Krzyś wiedział już wszystko o Mikołaju i Mateuszu, o tym, że to ludzie i że mieszkają tu razem, o rudym psie Bernardzie, który jest w sumie dość leniwy i zadowolony z siebie, więc większych kłopotów z nim nie ma, tym bardziej, że jest mało zwrotny. I o tym, że oprócz niego – znaczy Filipa – nie ma w tym domu żywego ducha. Kiedyś podobno na strychu mieszkał nietoperz, ale on – Filip – nigdy go nie widział. Trochę się Filip stropił usłyszawszy, że Krzyś nie jest tutaj sam i w piwnicy rezyduje teraz niemała gromada głodnych i całkiem dużych szczurów, ale w końcu wzruszył ramionami.
- Co ma być, to będzie – powiedział – Chodź, pokażę ci dom.
Krzyś podążał za nowo poznanym przyjacielem i myślał, że nie za bardzo wierzy w dwie rzeczy – że pies może być niegroźny, a siwy mężczyzna i chłopiec o blond włosach są śmiertelnie niebezpieczni.

6.
Sklep pani Emilii przypominał zagracony strych, na którym ktoś przez przypadek zostawił całą masę jedzenia. Mikołaj zawsze znajdował tu coś, czego jeszcze nie miał, a co było mu niezbędne do kolejnych podbojów kolejnego nowego świata. A to sznurek do wytyczenia granicy z krainą Indian, oczywiście tuż po wypaleniu z ich wodzem fajki pokoju, którą odchorował dwudniowym pobytem w łóżku i tygodniowym zakazem zbliżania się do którychkolwiek drzwi wychodzących na ogród. A to metalową obręcz, znakomicie wyznaczającą miejsce startu rakiety kosmicznej, którą zapewne kiedyś zbuduje, bo plany właśnie powstają, a tymczasem należało zadbać o całe to „naziemne zaplecze”. W końcu łopatkę, którą miał wykopać prawdziwe sztuczne jezioro, po którym mógłby pływać z zaprzyjaźnionymi wikingami. Dziś jednak nic nie wpadało mu w oko. Słuchał tylko, jak dziadek skrupulatnie, przy pomocy pani Emilii wybiera najodpowiedniejszy środek, który pozwoli pozbyć się raz na zawsze szczurzej watahy.
- A ty niczego dziś nie bierzesz młody człowieku? – pani Emilia uśmiechała się zawsze i zawsze nazywała go młodym człowiekiem.
- Nie, dziękuję. Niczego nie potrzebuję.
Myślał o czymś innym. Wydawało mu się, że dziś rano pod nogami dziadka mignęła jakaś mała szara kulka. Ale może to było tylko złudzenie.

7.
- Co robimy? – Matylda była bliska omdlenia.
Teodor naradzał się na boku z Joachimem, Baltazarzy kłócili się jak zwykle o najlepsze z najgorszych rozwiązań, a Leon buszował po piwnicy w poszukiwaniu czegoś, czego chyba sam nie umiał określić.
- Musimy czekać – Teodor zmarszczył brew, tak jak to miał w zwyczaju, kiedy podejmował trudną decyzję.
- Ma rację – ze smutkiem potwierdził Joachim.
- Ma. Nie ma. – równocześnie wykrzyknęli Baltazarzy.
- On jest mały. Nie poradzi sobie tam – Matylda była przerażona.
- Ale my nawet nie wiemy, ani gdzie jest to „tam”, ani o jakim „tam” mówimy. Drzwi są zamknięte, a poza tym my gdzieś „tutaj” musimy znaleźć kryjówkę, bo przypuszczam, że ten duży, siwy człowiek tu wróci po tym wszystkim i obawiam się, że nie będzie miał pokojowych zamiarów.
Teodor był stanowczy, spokojny i smutny. Joachim pokiwał tylko głową. Nawet Baltazarzy umilkli.
- To znaczy, że Krzyś …, że jest tam gdzieś zupełnie sam? – Matylda pochyliła głowę i łza spłynęła jej na koniuszek nosa.
- Niekoniecznie – głos Leona rozbrzmiewał gdzieś z góry. Wszyscy zadarli nosy i ujrzeli go przy okienku, którym wczoraj dostali się do środka.
- Zaraz to sprawdzę – Leon uśmiechnął się – nie próbujcie tu włazić, bo ta droga nie jest najbezpieczniejsza.
Wskazał ruchem głowy zardzewiałe rury, cudem chyba tylko jakimś przyczepione do wilgotnej ściany.
- Leon – krzyknął Teodor – nie możesz!
Ale Leon zniknął już za oknem. Matylda podniosła głowę i zaczęła tępo patrzeć w miejsce, gdzie był jeszcze przed sekundą szepcząc coś niezrozumiale pod nosem.

8.
Dom był olbrzymi, a Filip rzeczywiście znał każdy jego zakamarek. Pokazał mu pokój chłopca, zwanego Mikołajem i sypialnię dziadka, zwanego Mateuszem. Duży pokój, w którym pełno było obrazów, fotografii i innych pamiątek, których znaczenia nie rozumiał, a i Filip nie za bardzo wiedział o co chodzi. W końcu zmęczeni przycupnęli w kuchni.
- Znajdziemy teraz trochę jedzenia i pokażę ci drogę do twoich, bo tamci – tu wskazał na drzwi wejściowe – pewnie zaraz tutaj wrócą.
- Pójdziesz ze mną?
- Raczej nie. Duże, głodne szczury mogą nie być tak miłe jak ty.
- Jak to niemiłe? To moi najbliżsi.
Filip uśmiechnął się tylko, skinął łebkiem i pobiegł w kierunku kredensu. Z tyłu była niewielka dziura, przez którą weszli obaj do środka. W kompletnych ciemnościach Krzyś wyczuł smakołyki, o których nawet dotąd nie śnił i kiedy najadł się do syta – kaszą, pieczywem, a nawet gorzką czekoladą, zabrał ile tylko zdołał unieść, a Filip poprowadził go przez dziwne zakamarki, dziury i nadgryzione meble wprost do ciepłej rury, która przechodziła przez ścianę. Tuż nad nią była szpara w sam raz dla takiego, jak on.
- Wpadnij tu jeszcze. Będziecie potrzebowali jedzenia. Teraz znasz drogę. Mnie szukaj koło kredensu i… – rzucił na odchodnym Filip – uważaj na siebie.
-  Jasne, dziękuję – Krzyś zniknął w ciemnej czeluści.
- Bardzo uważaj mały – szepnął Filip, choć wiedział, że nowy przyjaciel na pewno go już nie słyszy.

9.
Leon obiegał dom już po raz trzeci. Obwąchał każdą szparę, każdą deskę i za nic nie mógł dostać się do środka. Był wykończony. Wydawało mu się, że brodzi w śniegu od zawsze. Zjadł go nawet trochę. Trochę śniegu i jednego zasuszonego pająka, którego znalazł w porzuconych przez kogoś taczkach. Czas wracać. Zmierzał właśnie za róg domu, wprost do rozbitego okienka i kiedy skręcił, tuż za węgłem zderzył się oko w oko, a właściwie nos w nos z wielkim, gotowym do skoku, rudym psem. Para buchała z jego rozedrganych nozdrzy. Leon napiął wszystkie mięśnie i zamknął oczy.

10.
Mateusz z Mikołajem weszli do domu otrzepując buty ze śniegu. Prawie całą powrotną drogę milczeli. Dziadek próbował wprawdzie opowiadać Mikołajowi o gryzoniach i niebezpieczeństwach z nimi związanych, ten jednak milczał wpatrzony w migające za oknem zaśnieżone pola i Mateusz zrozumiał, że chłopiec go nie słucha.
- Jesteś głodny?
- Tylko troszkę.
Dziadek uchylił drzwiczki kredensu i wtedy wysypały się z niego nadgryzione torebki z kaszą, okruchy chleba, kawałki poszarpanej czekolady i wszystkiego, co mogłoby się nadawać do jedzenia, a zostało wymieszane w wielką bezładną breję.
- Tego już za wiele! – dziadek trzasnął drzwiczkami i zaczął grzebać w pudle, które przywieźli ze sklepu. Mikołaj usiadł przy stole i zdjął czapkę.
- Nie jestem głodny dziadku – powiedział cicho i stanowczo.
Błyszczące oczka Filipa przyglądały się całej scenie spod kredensu. Mała mysz wiedziała, że cisza która zapadła, nie wróży niczego dobrego.

11.
- Przyniosłem jedzenie.
Z początku nikt nie zwrócił uwagi na dziecięcy głos, gdzieś za ich plecami. Wszyscy siedzieli wpatrzeni w okno, w którym zniknął Leon.
- Mamo! Przyniosłem jedzenie…
Nim skończył mówić, Matylda tuliła go do siebie, dotykając bez przerwy jego pyszczka, tak jakby sprawdzała, czy na pewno Krzyś istnieje. I kiedy strach wreszcie ją opuścił, kiedy czułość ustępować zaczęła rozsądkowi, zakręciła się w kółko, podniosła na tylnych łapkach i wykrzyczała tak głośno, jak tylko potrafiła:
- Gdzie byłeś nieusłuchany ancymonie! Gdzieś był, kiedy tu oczy wypłakiwałam do sucha, ty moje utrapienie! Gdzie cię poniosło dziecinko moja… !
I w zawstydzeniu tym wybuchem, objęła Krzysia tak mocno, jak tylko potrafiła, a ten – nim łzy zakołysały mu się w oczach -  wydusił z siebie tylko krótkie:
- Przepraszam mamo, przyniosłem jedzenie.
A potem usiedli wszyscy wokół, dzieląc na maleńkie kęsy, wszystko to, co Krzysiowi udało się udźwignąć. I zaspokoili pierwszy głód, słuchając opowieści o tym, co zdarzyło się na górze. Teodor z Joachimem słuchali w skupieniu, Baltazarzy sprzeczali się o każdy drobiazg, a Matylda ze łzami w oczach wpatrywała się w swego małego bohatera, który perorował o wielkim domu i jego mieszkańcach. I wtedy, nagle otworzyły się drzwi i ostre, żółte światło rozbiło piwniczny półmrok.

12.
Leon czekał skamieniały na szarpnięcie kłów rudego potwora. I nagle poczuł wilgotne ciepło ogarniające go powoli, od czubka nosa po koniec ogona. Połyka mnie – pomyślał przerażony. Chciał poruszać łapkami ale odmówiły posłuszeństwa. Otworzył ostrożnie oczy i ujrzał uśmiechniętą paszczę rudego Bernarda, z wywalonym na wierzch językiem.
- A fuj – krzyknął, kiedy zrozumiał co się stało – polizałeś mnie swoim obleśnym, zaślinionym ozorem!
Bernard zamerdał ogonem i zaczął turlać się w śnieżnym puchu.
- I na dodatek nie mówisz w żadnym cywilizowanym języku.
Pies podskakiwał rytmicznie, zachęcając Leona do zabawy. Szczur, nie namyślając się wiele, rzucił śnieżką prosto w nos Bernarda, który otrzepał się tylko radośnie i zakręcił wokół, wzniecając tumany białego kurzu. Leon uśmiechnął się pod nosem. Zabawnie wyglądał ten wielki pies tarzający się w śniegu z rozdziawioną gębą. Tak, jakby nigdy przedtem się nie śmiał.
- Muszę już iść, ale wpadnę tu jeszcze kiedyś. A wtedy zobaczysz….
Szczur pogroził mu żartobliwie palcem, a Bernard zamerdał wesoło ogonem. Wtedy Leon ruszył dostojnie wprost w kierunku okienka do piwnicy, z którego nie tak dawno wyjrzał, na nieznany mu dotąd świat. Był potwornie zmęczony.

13.
Szczury w skupieniu, z ukrycia obserwowały Mateusza, który pozbierał skrupulatnie resztki porzuconego przez nich jedzenia, a potem rozsypał im nowe, pachnące nieznanymi smakami. Wprost ze świeżo otwartej torebki sypał na podłogę całą tęczę zapachów, które roznosiły się po piwnicy, powalając swą niezwykłością. Potem mruknął coś, co mogło brzmieć jak „smacznego” i wdrapał się po schodach na górę.
- Mówiłem, mówiłem, mówiłem – krzyczał Krzyś i wybiegł ze swej kryjówki kręcąc radosne piruety – Mówiłem, że nie są źli. Wiedziałem. Przyniósł nam jedzenie – wszyscy zmierzali powoli w kierunku rozrzuconego po podłodze pokarmu.
- Oni…nie są… źli! - Skandował tańcząc wokół różowych pachnących płatków.
W końcu chwycił jeden z nich, i podrzucił do góry, i otworzył usta, i czekał aż okruch spadnie mu na język….
- Nieeeee!
Piskliwy okrzyk sprawił, że Krzyś zamknął pyszczek i płatek rozbił mu się na czole. Filip stał tuż przy ciepłej rurze i wyciągnął dłonie rozczapierzając palce tak, jakby zaklęcie jakieś wypowiadał. Wszyscy odwrócili się w jego kierunku i zapomnieli na chwilę o pachnących płatkach.
- To mysz – Teodor tylko skinął rozkazująco głową.
Baltazarzy podbiegli tym razem zgodnie, i zaczaili się za jego plecami, odcinając Filipowi drogę odwrotu. Joachim z Teodorem zbliżali się od frontu, błyskając obnażonymi kłami. Matylda jak zwykle osłaniała Krzysia.
- To nasze jedzenie – wysyczał Teodor wijąc się po zakurzonej podłodze.
Był najlepszym wojownikiem, jakiego kiedykolwiek znał szczurzy świat.
- Nie chcę tego przecież… – odparła mysz.
- Kłamiesz!
- Nie chcę. Przyszedłem tu, jak głupi przyszedłem, bo….
- Bo co?
Krzyś wpadł w środek zamieszania tak szybko, jak tylko pozwoliły mu jego małe nóżki. Ledwo dał radę zatrzymać się sunąc po zakurzonej podłodze.
- Bo to jest mój przyjaciel – wykrzyczał – i pomógł mi, i dał jedzenie, i dla was i … i zdaje się, że chce nam coś powiedzieć…
- Mówiłem ci, że duże, głodne szczury bywają niemiłe – Filip był dziwnie spokojny, przykucnął tylko i rozglądał się wokół, żeby ustalić z której strony może nastąpić atak.
Krzyś stanął twarzą do przyjaciół i zaczął krążyć wokół Filipa, jakby chciał, w wydeptywanym właśnie kręgu, zapewnić mu niewidzialną osłonę.
- Filip mów – Krzyś wiedział, że mysiej gadaniny nikt nie przerwie.
- No więc, jestem Filip i jestem myszą – skurczony, zaczął wystrzeliwać z siebie kolejne słowa, o domu, o tym, że jest w nim jedyną myszą, i że w sumie mu to nie przeszkadza, chociaż czasem chciałby z kimś pogadać, i dlatego przyszedł tutaj, choć wiedział, że to niebezpieczne i kiedy wszyscy zaczęli się już niecierpliwić, wypalił:
- To jest trucizna. To bardzo ładnie pachnie, i nawet jest miłe w dotyku, ale to jest trucizna!
Wszyscy spojrzeli najpierw na różowe płatki rozsypane po podłodze, potem na Filipa, potem znowu na płatki…
- Nieprawda – krzyknął Krzyś, a kiedy Joachim obwąchał dokładnie jeden z płatków i twierdząco skinął głową – Krzyś się rozpłakał.

14.
Mikołaj obserwował dziadka bardzo uważnie, gdy ten mył dokładnie ręce przy kuchennym zlewie.
- Załatwione – mruknął Mateusz – teraz będzie spokój.
- Spokój? – sarkazm w głosie Mikołaja był odrobinę zbyt przejrzysty – przecież jest spokojnie.
Dziadek ze złością cisnął mydłem.
- To są szczury. Będzie spokój ze szczurami. Raz na zawsze.
- A ta trutka jest pewna? – Mikołaj, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, był wyraźnie zaciekawiony.
- Najlepsza – ożywił się dziadek i począł opowiadać wnukowi o jej zaletach, i o tym, że trzeba bardzo uważać, kiedy się jej używa, bo jest groźna również dla ludzi. Wywód był długi, precyzyjny i bardzo szczegółowy – od zabójczego działania, po ratowanie zatrutych. Chłopiec słuchał, jak się Mateuszowi wydawało, uważnie, choć widział, że nieustannie spogląda w okno i zapadający za nim zmrok. Zaczął padać śnieg.
- Mogę? Pobawię się z Bernardem – po raz kolejny skierował wzrok w kierunku okna. Dziadek skinął głową, więc Mikołaj chwycił czapkę, a potem odwrócił się do niego i krzyknął
- A może one nie są wcale takie złe! 
I szybko wybiegł do ogrodu. Pomyślał, że po raz pierwszy cieplej jest w zaśnieżonym ogrodzie, niż w domowej kuchni.
Mateusz spoglądał przez okno na biegnącego wśród tańczących płatków śniegu chłopca. I wtedy, kolejna rzecz zdarzyła się po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna. Mała, gorąca łza wyschła, na pomarszczonym starością i szczerym uśmiechem, policzku mężczyzny.

15.
Leon widział dokładnie wszystkich zebranych. Wracał piekielnie zmęczony. Ledwo zsunął się po rurach i węsząc wokół, zbliżał powoli do całego tego zgromadzenia. Joachim i Teodor rozmawiali z jakimś szarym stworzeniem, Baltazarzy kręcili się wokół – raz po raz następując sobie złośliwie na łapki, a Matylda tuliła płaczącego Krzysia. Więc wszystko chyba jest w porządku. Wszyscy są razem. Tylko ten snujący się wszędzie zapach, który przywodził mu na myśl uczty, jakie urządzali sobie w dawnych dobrych czasach. Różowy płatek zawirował u jego stóp. Pachniał wspomnieniami. Leon łapczywie zaspokoił głód i ruszył w kierunku przyjaciół. Już chciał zakrzyknąć, że oto zjawił się zwycięsko, gdy  nagle, obraz zaczął mu się rozmywać przed oczami. Poczuł ogarniającą go słabość. Wyrzucił z siebie tylko chrypiące – jestem! I zapadła ciemność.

16.
Są chwile w życiu każdego stworzenia, które trwają wieczność. Czas zatrzymuje się w miejscu i przestaje się poruszać, jakby ktoś niewidzialnym palcem zamroził wszystko wokół. A to co wokół, biegnie przecież bez opamiętania. Prawie jednocześnie. 
Leon padł u szczurzych stóp, a kiedy odwrócili wzrok, z hukiem wskoczył przez piwniczne okno nieduży człowiek, a tuż za nim wielki rudy pies. Wataha ustawiła się w szyku, tworząc szczurzą zaporę wokół nieprzytomnego Leona. Rudy pies zbliżył swe kły do ich pyszczków. Nieduży człowiek rzucił się do ataku. Chwycił Leona i miętosząc go w dłoniach pobiegł w najdalszy kąt piwnicy. Do starego zardzewiałego kranu. Rudy pies czuwał warkliwie.

17.
Leon ujrzał dawne czasy. Płynął przez dziwną zamgloną przestrzeń, a z mroku wyłaniał się powoli, kłujący pamięć obrazek szczęśliwego życia w mieście. Kiedy wszyscy byli jeszcze razem. Jego rodzice krzątający się właśnie przy pysznościach znalezionych na tyłach ekskluzywnej restauracji nawet go nie zauważyli – choć starał się krzyczeć – Mamo! Ale już ojciec Krzysia, uśmiechnął się do niego ciepło znad wielkiej błyszczącej kałuży, rodzice Baltazarów machnęli łapkami nie przerywając kłótni tak głośnej, że panie: Joachimowa i Teodorowa prychnęły tylko, wymieniając znaczące spojrzenia. Leon wołał do nich wszystkich bezgłośnie, aż unosząc się w mglistej poświacie zdał sobie sprawę, że nie może tego co widzi, w żaden sposób dotknąć.
A przecież byli tam wszyscy.
Tak jak przed katastrofą.
I tak nurkował we mgle i nawoływał tych, których spotkał, próbując przekrzyczeć łzy, aż stało się to, co już się raz zdarzyło.
Tak jak wtedy – zupełnie niespodziewanie.
Najpierw poczuł lodowaty podmuch, a po nim przyszła wielka fala, która zgarnęła wszystko. I wszystkich. Leon widział nieme postacie znikające w kipieli i choć krzyczał – nikt go nie słyszał. Nikt go również nie widział. Aż w końcu woda dosięgła także i jego. Uderzyła z całym impetem w pyszczek. Zakrztusił się. Zimna woda nie przestawała chłostać go po oczach, póki ich nie otworzył.

18.
Wypłukiwanie trucizny z małego stworzenia nie należy do najłatwiejszych zajęć dla małego chłopca. Na szczęście dokładne instrukcje dziadka dotyczące skuteczności preparatu oraz zapobiegania nieszczęściom związanym z jego spożyciem przydały się jak znalazł. Mikołaj ostrożnie ułożył przywróconego życiu Leona na posadzce tuż obok pieca i oniemiałej szczurzej gromady.
- Później przyniosę ci mleko – mruknął pod nosem.
Krzyś drgnął po raz pierwszy od długiej chwili, a oszołomiony Leon przewrócił oczami i niezdarnie pokręcił główką. Pierwsze co ujrzał to uśmiechnięty pysk rudego psa.
- Znowu? – jęknął cichutko.
Pies merdając ogonem polizał wielkim jęzorem szare futerko małego szczura. Teodor i Joachim zrobili krok do przodu podkreślając każdym drgnieniem mięśni gotowość do obrony młodego przyjaciela.
- On jest w porządku – wyszeptał Leon.
„Ten większy chyba też” pomyślał nieśmiało Krzyś i zaczął się zastanawiać, czy wszyscy inni pomyśleli tak samo.
- Bernard, chodź – Mikołaj, wskazując psu drogę, uchylił okienko do ogrodu. A potem obaj zniknęli tak błyskawicznie, jak się pojawili.

W tym zamieszaniu nikt nie usłyszał cichego skrzypnięcia drzwi. Mateusz delikatnie je domknął i wolno człapiąc wrócił do kuchni, a wspomnienie tego, czego był przed chwilą świadkiem, wywołało kolejny uśmiech na jego twarzy. Kolejna łza zatańczyła na jego policzku. 
19.
Następne dni mijały względnie spokojnie. Nie pojawił się już wielki siwy starzec, a Leon powoli dochodził do siebie dzięki mleku i innym smakołykom dyskretnie podrzucanym, przy milczącej zgodzie Mateusza, przez Mikołaja w okolice pieca. Korzystali z nich zresztą wszyscy, bo przecież natrętne buszowanie Filipa i Krzysia po ludzkim domu dawało im tylko te okruchy, które chłopcy zdołali przytargać niezdarnie w swych małych łapkach. Filip zresztą gościł na dole niechętnie, bo choć co prawda przyjął obietnicę Teodora, że może się tu czuć bezpieczny, to jednak każde nerwowe prychnięcie Baltazarów sprawiało, że dreszcz przebiegał po jego popielatym grzbiecie. Matylda niechętnie patrzyła na Krzysine wycieczki w brzuch wielkiego domu, lecz jako mądra matka zdawała sobie sprawę, że zakazanie ich synowi mogłoby wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Joachim i Teodor wciąż o czymś szeptem rozprawiali, śnieg sypał bez przerwy i tylko dochodzące z zewnątrz tęsknie rozżalone poszczekiwania Bernarda przypominały im o tym, co się zdarzyło. 
Aż do dnia, kiedy pewnego wieczora Teodor zniknął. 

20.
Tym razem Mikołaj buszował po sklepie pani Emilii z wypiekami na twarzy. Wyszukiwał kolejne smakołyki, które mógłby znieść do piwnicy i nakarmić nimi dziwnych, nieproszonych gości.  Dzierżąc w dłoniach puszkę sardynek, serowe kulki, ziemniaczane chipsy i inne wspaniałości, zmierzał w kierunku starodawnej kasy z korbką, zza której uśmiechnięta od ucha do ucha pani Emilia zliczała kolejne podawane przez dziadka towary. Mateusz mówił zdecydowanie zbyt wiele, jak na jego skłonność do ciągłego milczenia, a pani Emilia radośnie mu wtórowała. Mikołaj zapatrzył się na spadające nieustannie za oknem wielkie płaty śniegu, więc nie dostrzegł ciszy, która nagle zapadła. Pomyślał, że takiej zimy nie było już bardzo dawno, a ostatnią, którą pamięta, stara się właśnie zapomnieć. Ta sama myśl przyszła w tym momencie do głowy Mateuszowi, więc obaj spojrzeli na siebie jednocześnie, a potem jakby zawstydzeni tymi spojrzeniami wrócili do tego, co tak nagle przerwali. Mateusz wyłożył na ladę papierową torbę pomarańczy, a Mikołaj skupił się na glinianej rzeźbionej misce, na której mógł podać wszystko, co szczurom do życia może być potrzebne, czyli dokładnie to, co właśnie kupił. 
Obaj nie zauważyli w tym zamieszaniu pary dziewczęcych oczu, które wprost z zaplecza sklepu pani Emilii, przyglądały im się bacznie, zza drucianych okularów. 
A potem, kiedy już wracali do domu, milczeli jak nigdy, przedzierając się przez padające wielkie płaty i śnieżne tunele rzeźbione codziennie przez nich samych oraz niewielką rzeszę pozostałych klientów Emilii. Dziewczynka z oddali śledziła wzrokiem odjeżdżający samochód.

21.
Teodor rozglądał się po kolejnym pokoju wielkiego drewnianego domu. Nikomu nie powiedział o tej wyprawie. Po pierwsze dlatego, że chciał uniknąć wszelkich na ten temat dyskusji, a po drugie - wstydził się po prostu swego zainteresowania. Coś, czego nie umiał nazwać, przyciągnęło go tutaj i teraz buszował pośród starych mebli i wypłowiałych dywanów. Pokój, do którego trafił był dziwny, walały się w nim wokół setki zdjęć. Zalegały stoły, krzesła oraz wypadały w nieładzie z porozrzucanych wszędzie albumów. Z większości zdjęć uśmiechała się do niego para młodych ludzi, był na nich też ten chłopiec, który uratował Leonowi życie oraz starzec, który chciał ich zabić, a także siwa, sympatyczna pani z kokiem, która co raz miała w garści coś pysznego do jedzenia. Widząc to Teodor zgłodniał i potruchtał do kuchni. Zdawało mu się, że dojrzał w półmroku przemykającą gdzieś pod ścianą szarą postać i to musiał być Filip, uśmiechnął się zatem sam do siebie, dziwiąc się, że mysz wciąż się go boi. 
Gryzł właśnie kawałek znalezionego ementalera, kiedy usłyszał skrobotanie klucza w zamku. Szybko skoczył w kierunku kominka w salonie, gdzie znalazł schronienie za starym zegarem i stąd obserwował małego i starca, którzy wróciwszy do domu, bez słowa przygotowywali wszystko, co im do życia potrzebne. Starzec dość szybko zagonił chłopca do kąpieli, a potem poszedł na górę ułożyć go do snu. Teodor wysunął głowę poza okap kominka i dojrzał na stoliku obok, kolejną stertę zdjęć rozrzuconych w bezładzie, tak jakby przed chwilą ktoś je przeglądał. Zeskoczył zatem szybko, aby przyjrzeć im się z bliska i wtedy usłyszał chrząknięcie. Starzec stał w drzwiach i patrzył dziwnie spokojnie. Teodor pomyślał, że nie wie za dobrze jak wygląda umieranie, i że cała wataha pomyśli, że uciekł pozostawiwszy ich w potrzebie, a jego grób pozostanie nieznany. Starzec zrobił krok w kierunku szczura, a ten napiął wszystkie mięśnie i zjeżył się na grzbiecie w oczekiwaniu na pierwszy cios.
- Nie bój się - wydobyło się z ust starca - nic ci nie zrobię.
- Przecież się nie boję - odparł Teodor - jestem Teodor i się nie boję.
Ich spojrzenia spotkały się we wzajemnym zdziwieniu. Obaj zmarszczyli brwi.            
- Jestem Mateusz - powiedział Mateusz i delikatnie się uśmiechnął. 

22.
- Po prostu nas zostawił - Matylda dreptała w kółko powtarzając wciąż to samo, niejako do siebie. Leon leżał za słaby jeszcze, żeby wyrwać się do boju, Baltazarzy od dłuższej chwili nic już nie mówili, a Krzyś spał wreszcie spokojnie nie wiedząc o bożym świecie. Tylko Joachim patrzył na wszystko zmrużonymi oczami z wysokości buchającego ogniem pieca
- Przecież wiesz, że nigdy by tego nie zrobił - mruczał stanowczo.
- A jednak zrobił - Matylda warknęła wściekle tak głośno, że Krzyś ocknął się, otworzył jedno oko i spojrzał wokół jak na scenę. Piec buchał co chwila z głośnym prychnięciem, a reszta watahy rozłożyła się wokół niego niczym wianuszek szarych kamieni wedle starodawnego paleniska.
- Nie zrobił i czekać musimy, bo nikt kto ma rozum nie pójdzie go szukać - Joachimowi nie drgnęła powieka.       
- Ja mogę, znam ten dom - wszyscy spojrzeli w kierunku Krzysia.
- Po moim trupie - Matylda cedziła słowa spokojnie, jakby chodziło tylko o to, kto ma wynieść śmieci - śpij synku i nie gadaj głupot.
- Ale ja naprawdę mogę go znaleźć - Krzyś poderwał się i zaczął dreptać wokół przyjaciół entuzjastycznie kręcąc ogonem - Filip na pewno mi pomoże.
- Po moim trupie - powtórzyła twardo Matylda.
- Ależ mamo - zajęczał Krzyś - bez Teodora nie damy sobie przecież rady.
Ciszą, która zapadła po tych słowach można by brukować nocne ulice. Matylda skuliła się jakby raniona nożem, Leon westchnął głośno przeklinając swoją niemoc, a Joachim przytaknął tylko z bezradnością mędrca, który napotkał kolejny problem nie do rozwiązania. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że Krzyś ma absolutną rację. I wtedy stała się rzecz niebywała - Baltazarzy przemówili jednym głosem. 
- Żadna mysz ci nigdy nie pomoże, powinniśmy pójść wszyscy razem. Tylko wtedy mamy jakieś szanse.  
Nawet oni sami zdawali się być zdziwieni faktem, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zgodzili się ze sobą i na dodatek to powtórzyli.
- Musimy iść razem!
Wszyscy spojrzeli w kierunku ciemnego kąta, za którym czaiło się tajemne przejście w głąb domu.
- Oprócz tego o myszach, zgadzam się całkowicie - radośnie zamachał ogonkiem Krzyś - będę przewodnikiem!

23.
Mikołaja obudziły głosy dochodzące z salonu. Dziwne to było, bo dziadek od lat nie miał żadnych gości. Chłopiec szybko wyskoczył z łóżka, zbiegł cichutko po schodach, a gdy zajrzał do salonu jego oczom ukazała się niezwykła scena. Teodor i Mateusz siedzieli razem przy ogrzanym kominkiem stole. Starzec, pokazywał czarno-białe zdjęcia snując długie opowieści, a i szczur gadał bez wytchnienia wijąc się po stole w wielkiej ekscytacji. Mówili o dawnym życiu i łzy spływały czasem ukradkiem po ich policzkach, ale brali się w garść i udawali, że nic się nie dzieje, choć przecież pewnie obaj nigdy wcześniej nie wypowiedzieli tylu słów naraz. Wyglądało to tak, jakby nie widzieli się od lat, a te wspomnienia były wszystkim na co przez te lata czekali. Przekrzykując się w emocjach nie zauważyli wystających zza framugi kędzierzawych blond włosów i pary uśmiechniętych oczu, która bacznie im się przyglądała. Mikołaj postanowił nie przeszkadzać i przysłuchiwał się tylko zza drzwi ich niezwykłym opowieściom.

24.
Wędrówka nie była specjalnie wyczerpująca ani trudna, jednak bez Krzysia pogubiliby się w labiryncie zardzewiałych rur i zbutwiałych desek. Matylda szła tuż za nim próbując dostrzec czające się w ciemnościach niebezpieczeństwo i w razie czego ruszyć synowi na pomoc. Za nią, wspierając osłabionego Leona, truchtali milczący dziwnie Baltazarzy, a na końcu, niczym tylna straż, kroczył Joachim bacznie obserwując cały ten orszak. W końcu dotarli do ostatniej szczeliny, która wyprowadziła ich na zimną posadzkę wielkiego przedpokoju i kiedy ruszyli w kierunku światła zderzyli się niemalże z wywalonym językiem Bernarda, który poderwał się i zamerdał radośnie na ich widok. Wszyscy zamarli, zdając sobie sprawę, że właśnie zostali zdemaskowani i być może nie zginą rozszarpani kłami potwora, ale na pewno hałas, który zaraz wybuchnie sprowadzi na nich nieszczęście. I wtedy Leon spokojnie wysunął się przed szereg.
- Uspokój się - wyszeptał - uspokój się i usiądź...
Bernard niespodziewanie przykucnął na tylnych łapach i przestał merdać ogonem.
- Teraz zabawimy się tak, że ty położysz się tu cicho, a my pójdziemy dalej... 
Spokojny szept Leona zdawał się wprawiać Bernarda w osłupienie 
- Ty tu grzecznie poczekasz, a potem cię zawołamy - dobrze?
Pies położył się dotykając nosem łapki Leona.
- Posłuchasz mnie? Proszę!
Bernard mrugnął tylko oczami i machnął przyjaźnie ogonem. 
- Dzięki Bernard - Leon westchnął głośno, otarł pot z czoła i dał łapką znak przyjaciołom, że droga jest wolna, a kiedy przechodzili obok wielkiego rudego zwierzęcia, zdawało się im wszystkim, że ten uśmiecha się pod nosem. Pies odwrócił się jednak tylko bez słowa, by zobaczyć korowód szczurów wchodzących do kuchni. 

25.
Filip obserwował wszystko przez szparę swojej kuchennej szafki. Widział rodzącą się przyjaźń szczura i człowieka, widział przyczajonego za drzwiami chłopca, a teraz dojrzał gromadę gryzoni, które gdy tylko wpadły do kuchni i ujrzały to wszystko co on, ustawiły się w szyku bojowym i ruszyły w tamtym kierunku. Pochylone łebki, obnażone kły i przekrwione oczy mogły znaczyć tylko jedno. Filip wiedział, że szczur jest w stanie doskoczyć do gardła człowieka, kiedy atakuje. Szczególnie małego człowieka i w chwili gdy myślał: "A co mi tam", wyskakiwał już z krzykiem na środek drewnianej kuchennej podłogi.
- NIEEEEE!!!
I okrzyk ten zbiegł się z głośnym "nie!" Krzysia oraz szczekaniem rozpędzonego i przebierającego łapami Bernarda. Wszystko zawirowało. 

26.
Teodor zastrzygł uszami, kiedy usłyszał cały ten rumor i jednym susem znalazł się na ramieniu Mateusza gdy ten właśnie ruszał w kierunku kuchni. Wpadli tam obaj sekundę po tym jak rozpłaszczony na podłodze Bernard zgarnął niezgrabnie łapami gotowe do ataku szczury, a Krzyś z Filipem wydzierali się w niebogłosy broniąc zdezorientowanego Mikołaja. 
- Spokój!
Donośne głosy Mateusza i Teodora przedarły się przez kuchenny rejwach. Nim wszystko ucichło i kilkanaście par oczu spojrzało z podłogi na starca i szczura siedzącego na jego ramieniu. Słychać było tu i ówdzie drapanie pazurkami po sosnowych deskach. Mateusz zapalił światło i wszyscy ujrzeli komiczny obrazek rozpłaszczonych po całej kuchni szczurów przytulonych do wielkiego rudego psa, który lizał je po łebkach jakby w nadziei, że nie zrobił im krzywdy. Mikołaj rzucił się na podłogę sprawdzając, czy wszystko z wszystkimi w porządku, a Filip i Krzyś spojrzeli na Teodora wzrokiem, który powtarzał nieustannie - to nie nasza wina. I wtedy Mateusz po raz pierwszy od niepamiętnych czasów parsknął głośnym, serdecznym i tak zaraźliwym śmiechem, że zawtórował mu Teodor, a potem Krzyś, Filip i Mikołaj, i w końcu wszyscy pozostali - rozpłaszczeni na podłodze, a nawet Bernard, który obrócił się na plecy i przebierał łapami radośnie mieląc ozorem.
- Chodźcie, pomogę wam - Filip wyciągnął łapkę do Baltazarów, którzy utkwili w jakiejś szparze pod podłogą, i kiedy podali mu swoje łapy także wybuchnęli gromkim śmiechem.
       
27.
"Śnieg właśnie przestał padać." - Mateusz rozpoczął czytanie dość uroczystym tonem - "Paszczak dreptał, brnąc po kolana w miękkim puchu w miejscu, gdzie jeszcze niedawno, jesienią, była ścieżka nad rzekę. Był zły. To całe przebudzenie w środku zimowego snu, to przecież zupełnie wbrew naturze, na dodatek zimą, nie złapie żadnego motyla do swojej kolekcji."

Wszyscy zasiedli w salonie przy kominku, odpoczywając i zajadając smakołyki popijane słodką herbatą z imbirem. Wyjaśnili już wszelkie pretensje i urazy a Mateusz przy pomocy Mikołaja, Matyldy, Krzysia oraz całej watahy i śmiejącego się wciąż Filipa przygotował kolację, podczas której opowiedziane zostało to, co najważniejsze - historia wielkiej powodzi, która zmieniła życie szczurów i szczegóły wypadku, który zmienił życie ludzi. I kiedy tak brnęli we wzajemne licytacje tego, co gorsze - Mateusz przyniósł rękopis bajki napisanej przez babcię Mikołaja. Jeden z ostatnich jaki powstał. I kiedy zaczął czytać, wszyscy umilkli, a tylko kolejnymi westchnieniami liczyć im przyszło, jak bardzo ta historia ich samych dotyczy.

"A wszystko zaczęło się od listu wsuniętego pod drzwi werandy." - Mateusz ściszył głos - "Emma, woźna z teatru na mieliźnie, właśnie teraz przesłała Tatusiowi Muminka zagubione listy i wspomnienia, potrzebne do ukończenia jego książki – grubej biografii inspicjenta Filifionka, tak mądrej, że nikt nawet nie próbował przeczytać pierwszego rozdziału. Wszyscy wokół wiedzieli, że Tatuś pracował nad nią przez całe lato, i teraz, kiedy gruba koperta upadła z hukiem na drewnianą podłogę werandy, nie pozostało mu nic innego, niż ocknąć się z długiego zimowego snu, żeby sprawdzić jej zawartość. Zapach jagodowej herbaty, którą z wielkim trudem zaparzył sobie, bez pomocy Mamusi Muminka, aby w spokoju poznać głęboko skrywane losy Filifionka, wyrwał ze snu po kolei wszystkich. Najpierw Włóczykija, którego czujny sen przerwany został w chwili, kiedy odkrywał kolejny nieznany ląd i witał się z tubylczymi Hatifnatami, a ci właśnie parzyli mu herbatę. Potem Mamusię, która we śnie z przerażeniem zrozumiała, że ktoś korzysta z jej imbryka. A na końcu Muminka, bo Włóczykij radośnie zagrał na organkach i tym samym zbudził przyjaciela. Ryjek przewrócił się na to na drugi bok, ale zaczął chrapać tak donośnie, że pobudka Mimbli i Małej Mi, Migotka i Panny Migotki była tylko kwestią czasu."

- Nie wiedziałem, że babcia pisała bajki - mruknął Mikołaj omiatając wzrokiem zasłuchane towarzystwo.  
- Prawie nikt nie wiedział - odparł Mateusz i pochylił się nad kolejną stroną opowieści.

"Paszczak wydreptując ścieżynkę w śnieżnym puchu, wściekał się, że organki Włóczykija i okrzyki Muminka brzmiały na tyle głośno i długo, że zbudziły i jego. A kiedy podniósł głowę, ujrzał znikające w zagajniku postacie przyjaciół i zaraz potem Ryjka, który wrzeszcząc wniebogłosy, jak się wydaje, ubolewał, że znowu go zostawili. W ten sposób obudziła się cała Dolina Muminków, długowłose duszki strzegące drzew, myszy polne, mrówki, robaki i wszystkie małe stworzonka, które przez moment żyły w przekonaniu, że to już wiosna, lecz kiedy przejrzały na lekko zaspane oczy, ujrzały śnieg i rozczarowane tym stanem rzeczy, westchnęły głośno. Tak, jakby odetchnęła ziemia."

Mikołaj znał te postaci, pamiętał jak przez mgłę, że mama czytała mu na dobranoc takie bajki. Dla Krzysia wszystko było nowe. Zasłuchany wtulił się w ciepłe futerko Matyldy.

"Mama Muminka szybko zdecydowała, że mimo tej dziwnej pory roku, nie ma nic lepszego niż gorąca kawa na śniadanie, i zaczęła ją parzyć w takich ilościach, że wesprzeć mogła nie tylko domowników, ale i każde stworzonko przemykające pod domem, a te zbiegły zewsząd, bo zapach palonego ziarna ogarnął całą dolinę. Tatuś zaś mamrocząc coś pod nosem, przeglądał rozgorączkowany zawartość przesyłki Emmy. Bo były w niej opowieści niesłychane. A to, o księciu duńskim, który o prawdę i uczciwość dla wszystkich walczył, a ci go o szaleństwo posądzali i marnie skończył. A to o córce króla jakowejś, co bratu pogrzeb wyprawić chciała i też strasznie się to dla niej skończyło. A to o chłopcu z ciepłego kraju, co w biedzie się urodził, i wciąż o miłości mówił, a potem chodzili za nim, bo cuda czynił naokoło. I ten też źle skończył, więc Tatuś Muminka zmarszczył brwi, próbując pojąć skąd te złe zakończenia się biorą. Ale nie wiedział."

Mateusz przerwał na chwilę aby łyknąć herbaty i zaraz kontynuował czytanie, bo spragnione jego słów towarzystwo już zaczynało się wiercić. 

"W każdym razie Dolina Muminków nie spała w środku zimy. Mamusia Muminka krzątała się po kuchni, wraz z Migotką, która co rusz to zmieniała kolor, gdyż po przebudzeniu nastroje mogą być najprzeróżniejsze. Mimbla zaśmiewała się z Paszczaka, który w swej długiej sukni wciąż przebijał się przez śnieg, by spróbować muminkowej kawy, Migotek krążył po werandzie powtarzając, że takie niezwykłe przebudzenie wymaga zebrania wszystkich mieszkańców doliny, na którym on – Migotek, powinien oczywiście zostać przewodniczącym. A Mała Mi siedząc na dzbanku od mleka krzyczała: „zimno, zimno, ale się dzieje”. Mama Muminka zerkała czasem przez okno, próbując wypatrzeć coś w gęstych gałęziach zagajnika, a Tatuś nabił fajkę. Wiadomo przecież, że kawa i fajka, to najpiękniejsze spełnienie dnia, żeby nie wiem nawet jak krótkiego, bo nagle zaczął zapadać zmrok. Złocisty księżyc wzbił się ponad horyzont, a niebo zaiskrzyło się gwiazdami. W oddali, wszyscy mieszkańcy doliny dostrzegli zbliżające się coś. To coś skrzyło się lampionami, których blask pływał swobodnie po śnieżnej połaci. Mała Mi krzyknęła: „na pewno wszyscy umrzemy”, Mimbla zaśmiała się jak zawsze, Migotek zaproponował zebranie, a Panna Migotka przylgnęła nosem do okna, z nadzieją oczekując swego rycerza. 
Tatuś Muminka spokojnie odłożył gazetę krzyczącą tytułami o pobudce w dolinie Muminków i udał się na werandę, by przyrządzić kruszon w wielkiej wazie. Mama Muminka, po przyniesieniu z piwnicy słojów z konfiturami, zaczęła rozczyniać ciasto na naleśniki. Muminek z Włóczykijem zbliżali się zaś, błyskając kolorowymi lampionami. W końcu, wśród krzyków i wyrzutów Ryjka, śmiechów Mimbli, złośliwych docinków Małej Mi, desperackiego narzekania Paszczaka, stanowczych wezwań Migotka stanęli u stóp werandy. Wszystko umilkło. 

-  Ale fajnie – westchnął Krzyś.
- Dalej, nie przerywaj - Mikołaj zacisnął wszystkie palce, aż mu zbielały kostki, a i reszta stworzeń wpatrzona była z otwartymi pyszczkami w czytającego starca.

"Włóczykij zagrał na organkach: „Wszystkie małe stworzonka wiążą kokardkę na ogonie” i obaj postawili, przyniesioną właśnie, otuloną śniegiem wielką zieloną jodłę. Zawieszone na niej ogniste lampiony podświetlały zmrożone szyszki, jabłka, śliwki, czereśnie i cytryny tak, jakby księżyc i gwiazdy zstąpiły na dolinę Muminków, aby rozświetlić mroźną zimową noc. Zewsząd wyjrzały wszystkie stworzenia i oniemiałe patrzyły na strzeliste, błyszczące wszystkimi kolorami drzewko. Tatuś Muminka wyniósł wazę z kruszonem, Mamusia – talerze z naleśnikami i wszyscy zgromadzili się przy drzwiach werandy. Z lasu przybyły zwierzęta, ptaki i duszki drzewne z rozwianym włosem. Paszczak zajadał naleśniki, Mała Mi piła kruszon, Migotek liczył skrupulatnie wszystkich obecnych, Ryjek tańczył wokół drzewka, a Mimbla łapała rozbudzone robaczki świętojańskie i sadzała je na jodełce. Dolina żyła racami i ogniami bengalskimi strzelającymi wokół rozświetlonego drzewka. Tatuś Muminka objął Mamusię i szepnął jej do ucha, że w zapiskach Filifionka nazywa się to „Święta”.
Wtedy wśród gwieździstej nocy rozbrzmiały organki Włóczykija: „Wszystkie małe stworzonka wiążą kokardkę na ogonie”. Muminek spojrzał na przyjaciela i na iskrzące się na horyzoncie Góry Skaliste.
- Znowu odchodzisz? – zapytał.
- Za chwilę – odparł Włóczykij poprawiając kapelusz – Może wcześniej spadnie jeszcze trochę śniegu."

- To tyle - powiedział Mateusz i zaraz zdał sobie sprawę, że zupełnie niepotrzebnie. Ciszę, która zapadła można by pokroić nożem. Łzy zatrzepotały na rzęsach słuchaczy. I wtedy nagle na środek stołu przytruchtał Krzyś. Podniósł się na tylnych łapkach i powiedział cicho do wszystkich zebranych 
- Słuchajcie... zróbmy sobie takie... "święta". 

28.
Ranek nadszedł szybko i mimo że po przeżyciach poprzedniej, długiej nocy wszyscy byli okropnie niewyspani, ochoczo rzucili się do pracy. Pomysł Krzysia przyjęto bowiem z entuzjazmem, a kiedy już rozdzielono zadania, przygotowania ruszyły pełną parą. 
Śnieg właśnie przestał padać więc Mateusz z Mikołajem i Krzysiem pojechali na zakupy do sklepu pani Emilii, którą zresztą również postanowili zaprosić. Matylda krzątała się w kuchni z Filipem przygotowując pyszne przekąski. Leon z Baltazarami i Bernardem wyruszyli na strych w poszukiwaniu ozdób, zabawek i wszystkiego, co mogłoby umilić wieczorną fiestę. Tylko Teodor z Joachimem zniknęli gdzieś w ogrodzie odbywszy wcześniej długą, prowadzoną szeptem rozmowę.
Około południa Mateusz, Mikołaj i Krzyś wrócili ze sklepu przywożąc jedzenie i fajerwerki a potem szybko ruszyli do ogrodu po jodełkę, która miała odświętnie przystroić salon. Kiedy już przynieśli i ustawili drzewko, które natychmiast przystrajać zaczęła bezrobotna chwilowo reszta towarzystwa, pobiegli szybko do kuchni by pomóc Matyldzie i Filipowi w ostatnich przygotowaniach.     

29.
Teodor i Joachim brnęli w stronę domu, zanurzeni po szyję w białym puchu.  
- Naprawdę chcesz to zrobić? - Joachim zastrzygł wąsem, jak zawsze, kiedy nie był do czegoś przekonany.
- Tak - spokojnie odparł Teodor - zasłużyli na to. Wszyscy zasłużyliśmy.
Zmierzchało. Przyjaciele wspięli się po schodach na taras i weszli do salonu, a ich oczom ukazał się nadzwyczajny widok. Choinka skrzyła się różnobarwnymi dekoracjami, zastawiony suto stół kusił pysznościami, wszystkie zwierzęta skupione przy kominku zawiązywały sobie na ogonach kolorowe kokardki, a Mateusz z Mikołajem wpinali sobie takie same w kołnierzyki swoich odświętnych koszul.   
- O jesteście? Fajnie że pomogliście w przygotowaniach - Matylda była zagniewana.
- My... - zaczął Teodor - pomyśleliśmy o prezencie. Dla was... dla nas wszystkich. 
- I chyba taki mamy - dokończył Joachim.
Obaj wspięli się na stół i pokazali coś, co wyglądało jak zwykła piszczałka. Matylda zastrzygła uszami. Słyszała kiedyś o magicznych szczurzych ceremoniach i mocach, które uwalniają się na dźwięk takiego instrumentu. Wiedziała też, że tylko nieliczni w szczurzej gromadzie mają prawo, do ich wykorzystania i że mogą zrobić to tylko jeden jedyny raz.
- Naprawdę? - spojrzała błagalnie w oczy Teodora, który skinął tylko głową, podniósł instrument do pyszczka i zaczął grać.

30.
Z początku nic się nie działo. Rzewne dźwięki unosiły się po salonie tuląc wszystkich niczym do przedziwnego snu. Zasłuchani wpatrywali się w Teodora, aż w końcu stało się coś niezwykłego. Prócz grającego dla nich szczura zaczęli dostrzegać światła i cienie, jakby ujrzeli muzykę snującą się wokół nich. Otoczyła ich dziwna kolorowa mgła, zapachniało lawendą i wtedy nagle z wszystkich zakamarków pokoju zaczęli wynurzać się ich najbliżsi - tak, jakby wróciły dawne czasy. Oniemieli na moment nim rzucili się sobie na szyję, a przybyli przecież wszyscy. Rodzice i babcia Mikołaja, tato Krzysia, rodzice Baltazarów i Leona, pani Joachimowa i Teodorowa. Wszyscy spletli się w radosnych uściskach i marząc by chwila trwała jak najdłużej zaczęli tańczyć w takt płynącej wokół muzyki ściskając swe dłonie i dotykając z niedowierzaniem policzków. Nikt nic nie mówił, tak jakby wszystko zostało już powiedziane, a taniec trwał przedłużając magiczny moment  prawie w nieskończoność.  Pani Teodorowa podeszła do męża, który nie przestawał grać i przytuliła się do jego ciepłego pyszczka. Teodor omiótł wzrokiem roztańczone towarzystwo, a potem spojrzał jej głęboko w oczy, potarł policzkiem jej policzek, westchnął i odrzucił piszczałkę biorąc ją w ramiona, by choć przez chwilę poczuć jej dotyk. I poczuł przez sekundę, póki brzmiał ostatni dźwięk dobywający się z instrumentu. A gdy ucichł - wszystko zniknęło. I wszyscy.

31.
Ci, którzy pozostali ocknęli się z głębokiego snu i rozglądali wokół nie chcąc uwierzyć, że magia przestała działać i cud się skończył. Zniknęli ich bliscy, światła, zapachy, nawet magiczna piszczałka. W gorączce rozbiegli się po domu poszukując tego, czego znaleźć już nie mogli, aż w końcu zrezygnowani wrócili do salonu i usiedli przy stole rozpamiętując każdą sekundę podarowaną im przez Teodora. Matylda podeszła do niego i bardzo mocno go przytuliła, a on sam nie powiedział nic, zmarszczył tylko brew jak zawsze, kiedy podejmował jakąś ważną decyzję, aż w końcu stanął na tylnych łapkach i rzekł do wszystkich
- Warto było. 
I nikt, nigdy później już do tego nie wracał. To co się stało i jak do tego doszło pozostało na zawsze jego tajemnicą. Teraz zaś gdy siedzieli przy świątecznym stole uśmiechnęli się do słów Teodora i milczeli z szacunkiem, dopóki nie usłyszeli głośnego pukania do drzwi.
- Pani Emilia - Mateusz wstał od stołu, kazał się wszystkim natychmiast ogarnąć i ruszył wpuścić kolejnego gościa



32.
Krzyś siedział na ramieniu Mikołaja. Czuł jeszcze na łapkach dotyk taty, zresztą pewnie podobnie jak Mikołaj, który jeszcze przed chwilą tonął wraz z Mateuszem w uściskach mamy, taty i babci. Szczur widząc markotną minę chłopca podrapał go delikatnie za uchem.
- Warto było - wyszeptał i Mikołaj się uśmiechnął.
W tym momencie w drzwiach stanęła odświętnie ubrana pani Emilia, a obok niej ostrzyżona na pazia dziewczynka w wielkich drucianych okularach. Mikołaj poderwał się na równe nogi o mało nie zrzucając Krzysia z ramienia. Dziewczynka wyciągnęła rękę.
- Cześć, jestem Julka. Widziałam cię w sklepie mojej babci. Przedstawisz mi swojego przyjaciela.
- Jestem Mikołaj. A to Krzyś. Mój... mój przyjaciel. Chodź przedstawię ci innych. 
Wszyscy usiedli przy stole zajadając się przepysznym sernikiem upieczonym przez panią Emilię, która z racji tego natychmiast znalazła wspólny język z Matyldą, bo ta na gotowaniu znała się jak mało kto. Julka została przedstawiona wszystkim szczurom i wysłuchała ich gorączkowych opowieści o tym, co przeżyli przez ostatnie dni. Prym wiódł oczywiście Leon, który siedział z Filipem na głowie Bernarda opisując swoje bohaterskie wyczyny oraz Baltazarzy, którzy ku uciesze wszystkich pozostałych znowu zaczęli się ze sobą nie zgadzać. Joachim uśmiechnął się i poklepał Teodora po plecach, a ten usiadł na ramieniu Mateusza przysłuchując się jego pogawędce z panią Emilią i Matyldą o najlepszych sposobach na placki ziemniaczane i pierogi z jagodami. Mateusz poderwał się w pewnym momencie i przyniósł z kuchni ciepły szal dla pani Emilii oraz gorący poncz, który po kropelce nalał każdemu. A potem zakrzyknął
- Czas na fajerwerki - i wszyscy wylegli na taras.
Rozgwieżdżone niebo wydawało się ku nim pochylać, kiedy w ich oczach odbiły się pierwsze błyski wystrzelonych rac i spadały wprost na ich głowy gasnąc tuż nad ziemią. Krzyś i Mikołaj wpatrzeni w rozkwitającą tuż nad nimi feerię barwnych wystrzałów nie dostrzegli zbliżającej się ku nim Julki.
- To piękne - powiedziała cicho.
- Magia - szepnął Krzyś.
Mikołaj spojrzał na nowych przyjaciół.
- Dlatego nigdzie stąd nie idziemy.
I wtedy zaczął padać śnieg. Tak, żeby na wiosnę znów mógł spłynąć do rzeki.