Miało być o mamie, bo o mamie nie było i jest okazja, ale mama przecież zawsze jest i będzie. I to takie zwyczajne, że trzyma wszystko w kupie, i "pali ognisko", a na dodatek robi najlepsze placki ziemniaczane na świecie. I zawsze wie, i czuje, i przytuli. I w sumie nie ma o czym pisać, bo o czym pisać, kiedy nie ma wątpliwości, tylko się ciepło robi na sercu na samą myśl.
Ostatni bastion. Ostatnia ucieczka. Ostatnia ostoja. Mama ogarnia i nawet potrafi ukryć skrzętnie, że się trapi i płacze czasem po cichu.
I nieważne co zdecydujesz, zawsze jest ważne żeby Ci było dobrze.
Jak to mama.
Więc nie będzie o mamie, tylko o tym, że człowiek nic nie znaczy.
Przed chwilą w telewizorze, świętej pamięci profesor Jerzy Regulski opowiadał o tym, jak zawieźli go na Koszykową, gdzie było UB i jak zdał sobie sprawę, że człowiek nic nie znaczy.
Bo mogli go zabić, zniknąć, zmasakrować.
I jak się tego słucha, to zdaje sobie sprawę człowiek, że rzeczywiście nic nie znaczy - w obliczu możnych, w obliczu boga, w obliczu przeznaczenia, losu, czy jak tam ktoś chce wszechświat czy też świat opisywać.
Nic nie znaczy też, wobec własnego mózgu, który robi z nami te wszystkie dziwne rzeczy - widzi, rozumie, oddycha.
Albo przestaje to wszystko robić.
Czasem nawet wszystko naraz.
A prawie zawsze nagle.
Dziś gadałem z moim teściem, którego mózg postanowił nie gadać z jego ciałem.
A potem pojechałem do babci, a ona nagle dzisiaj zaczęła myśleć, że jest gdzie indziej niż jest. I czasem nie rozpoznaje tego co jest wokół, choć pamięta Jankę z ławki w 1a sprzed prawie dziewięćdziesięciu lat.
I śmieje się częściej. I śpiewa czasem. I wydaje się szczęśliwa.
A ja wiem, że ucieka gdzieś w to szczęście od strachu przed nieuniknionym.
I mruży oczy w ciepłym uśmiechu i mówi: dobrze, dobrze jest.
Bez względu na to jak jest.
Babunia kochana.
A mama ugotowała krupnik i babcia zjadła cały talerz.
Z uśmiechem.
Do mamy.